Chaos Oikos Kosmos

Chaos Oikos Kosmos


(Eko)Filozofia to jedyna rzecz jaką mamy, aby zawrócić z błędnego kursu obłędnego Titanica cywilizacji technicznej, która jest wcieleniem nowożytnego mechanicyzmu – zmaterializowaną destrukcją tego co ważne, sensowne i piękne.



Co ma wspólnego ekologia z geopolityką i zderzeniem cywilizacji? Poza walką o kurczące się stale zasoby (nieodnawialne), wydaje się, że niewiele. Z jednej strony idealistyczne i utopijne, zdaniem wielu, nawoływania ekologistów do powszechnego eko-nawrócenia i zrównoważonej konsumpcji, z dość mizerną i wcale niereprezentatywną dla wielu nurtów ekologizmu „reprezentacją polityczną” w postaci partii Zielonych, mocno zdominowanych przez nurty lewicowe – z drugiej zaś twarda Realpolitik, wojny, nieszczęścia i zniszczenie, do których idea ekologiczna ma się jak „oko do pięści”. Skoro szeroko pojęty ekologizm (biorąc w nawias różne jego skrajności od ekologii głębokiej, przez zielony konserwatyzm, po ekofeminizm) głosi potrzebę powstania cywilizacji ekologicznej, a więc nowego, ekologicznego właśnie, porządku społeczno-ekonomiczno-politycznego, z naciskiem i powagą, że jest to warunek przetrwania ludzkości na Świecie – musi on ustosunkować się jakoś do konwencjonalnej polityki i faktów. Z pewnością krytycznie. Tym bardziej, że filozofia ekologiczna, w przeciwieństwie do analitycznej, jak głosił Skolimowski, powinna być przynajmniej politycznie świadoma, o ile nie politycznie zaangażowana.


Do książki Marka Orzechowskiego Chaos. Nowy porządek przyciągnął mnie jej tytuł. Czy chaos może być w ogóle porządkiem i to „nowym”? Z przeczytanej parę lat temu książki Davida Rothkopfa pt. Superklasa. Kto rządzi światem? konkluzja była wszakże równie przewrotna: światem nie rządzi nikt, gdyż wielość i rozbieżność celów i grup interesów ludzkich społeczności uniemożliwia narzucenie jednej władzy/porządku i poza rotacją elit biznesowych i politycznych i paroma bardziej scentralizowanymi ośrodkami władzy militarnej i gospodarczej, jakiegoś jednego światowego centrum sterowania po prostu nie ma. Nawet szczerze pokazująca wpływy i sukcesy środowisk żydowskich na świecie książka Krzysztofa Kłopotowskiego pt. Geniusz żydów na polski rozum (wyd. 2015 r.) nie potwierdza tezy, iż to Żydzi (w szczególności uznawany za najsprawniejszy wywiad żydowski Mosad) mają nad wszystkim decydującą kontrolę. Paradoksalnie, byłoby to być może nawet, czysto pragmatycznie, wskazane, gdyż nawet despotyczna i autorytarna władza wydaje się lepsza od tego, co skrywa w swojej rzeczywistości Chaos – totalny bezwład, bezład, dezintegracja, nieprzewidywalność i niesterowność.


Orzechowski rozpoczyna swoją narracją od opisu Brukseli po serii zamachów terrorystycznych w 2016 r. Kontrast, jaki wyłania się z tej opowieści, pomiędzy „modelowo” demokratyczną Brukselą minionych lat, a państwem kontroli i strachu, jaką się stała w wyniku ataków terrorystycznych jest przytłaczający. Ogólnie wymowa całej książki jest pesymistyczna. Pesymizm ten wyłania się w wielu miejscach i fragmentach książki, a jego jądrem jest tytułowy chaos. Czym on jednak jest? Orzechowski nie definiuje tego pojęcia w żadnym fragmencie książki, choć gdyby jego praca aspirowała do analizy politologicznej, z pewnością powinien był ją sformułować. Chaos jest przeciwieństwem porządku, pokoju, naturalnego rozwoju i stabilizacji. W mitologii greckiej, personifikowany przez bóstwo, istniał u zarania świata, z którego dopiero później wyłonił się ład – Kosmos. Na zrozumienie czym jest chaos w wizji współczesnego świata, prezentowanej przez Orzechowskiego, naprowadzić nas mogą jedynie fragmenty, w których go dookreśla. Przykładowo: Chaos jest ojcem anarchii, pozbawia hamulców, uwalnia niskie instynkty, jest urodzajną glebą dla wszelkiego rodzaju ekstremizmów.


Pesymizm, czy wręcz fatalizm i katastrofizm jest charakterystyczną postawą dla wielu konserwatywnych autorów, podejmujących kwestie cywilizacyjne. Zarówno Orzechowski, jak i np. Paweł Lisicki - w cytowanej już na tym blogu książce Dżihad i samozagłada Zachodu (wyd. 2016 r.) - nie pozostawiają żadnych złudzeń co do tego, że obecna cywilizacja europejska się kończy i w przewidywalnej perspektywie czasowej zostanie zdominowana przez obce jej żywioły etniczne (ludy afrykańskie) i religijne (islam). Obawy te nie wynikają bynajmniej z fobii, ideologii, czy uprzedzeń autorów, ale z beznamiętnej analizy faktów demograficznych. Orzechowski: W 2017 r. w Afryce mieszkało prawie miliard trzysta milionów ludzi, w 2050 ich liczba ma się podwoić i wówczas co czwarty mieszkaniec Ziemi będzie Afrykaninem, a za kolejne pięćdziesiąt lat – już co drugi. Obydwu autorom umyka jednak fakt, że chrześcijaństwo dynamicznie rozwija się właśnie w Afryce i ewentualna rechrystianizacja Europy może tam mieć swoje źródło. Czy na dnie duszy Orzechowski czy Lisicki nie marzy jednak, żeby ich książka, choć w minimalnym stopniu, przyczyniła się jakoś do zapobieżenia diagnozowanej przez nich, i w ich mniemaniu nieuniknionej już, katastrofie? Ich publikacje wynikają przecież z troski o los naszej cywilizacji. Gdyby byli obojętni i zupełnie pesymistyczni, nie napisali by ich, lecz pogrążali się w beznadziejnej melancholii i depresji.


Przejdźmy od razu do sedna problemu podjętego przez Orzechowskiego. Siła obcych Europie (rozumianej jako cywilizacja łacińska o korzeniach grecko-rzymsko-chrześcijańskich) kulturowo i cywilizacyjnie żywiołów, polega na słabości Zachodu. Słabość ta wynika – co zgodnie konstatują zarówno Orzechowski, jak i Lisicki – z rozkładu moralnego i duchowego zachodnich społeczeństw, w szczególności z zaniku ich religijności, systemu tradycyjnych wartości i tożsamości kulturowej, a poprzez to z atrofii woli życia i obrony własnej kultury i cywilizacji. Zmiany na poziomie duchowym przekładają się więc bezpośrednio na zmiany społeczne, w tym demograficzne. Iluż europejczyków twierdzi, że "nie warto już w takim świecie żyć”? Obydwoje autorzy zakładają istnienie bezpośredniego związku pomiędzy religijnością i wspólnotowością społeczną (w tym rodzinnością) a dzietnością. Mimo, iż w perspektywie Orzechowskiego cywilizacja arabska jawi się jako intelektualnie, ekonomicznie i technicznie nie(do)rozwinięta (w porównaniu z Zachodem), wygrywa między-cywilizacyjną rywalizację właśnie dzięki kluczowej roli takich wartości, jak przywiązanie do religii, rodziny, klanu, grupy, plemienia, w przeciwieństwie do indywidualistycznego i egoistycznego (w tym relatywistycznego i nihilistycznego) modelu „wartości” zachodnich. I to nie technologia, lecz właśnie aksjologia i idee (wartości) decydują (i zdecydują) finalnie o zwycięstwie lub porażce cywilizacji.


Tym, co zdaniem Orzechowskiego przesądziło o wkroczeniu cywilizacji zachodniej (europejskiej) na demograficzną również pochyłą była pigułka antykoncepcyjna. Była to jego zdaniem brzemienna w etyczne i demograficzne skutki decyzja, której aksjologiczna przesłanka polegała na przyjęciu poglądu, że życiem ludzkim (poczęciem) można mechanicznie i arbitralnie sterować i go dowolnie unikać (interpretowane indywidualistycznie i egoistycznie jako zagrożenie i przeszkoda dla "samorealizacji"). Wynalazek belgijskiego ginekologia z Leuven i wprowadzenie pigułki w 1960 r. oraz decyzja Merkel z 2015 r. o wpuszczeniu imigrantów do Europy to według Orzechowskiego kluczowe elementy (cezury) w genezie dzisiejszego i rozwijającego się kryzysu Europy. Orzechowski w swej książce często przypisuje odpowiedzialność określonym politykom za współczesne konflikty i wojny. Odpowiedzialna za kryzys migracyjny Merkel jawi się jako agent wrogiej cywilizacji, niczym "kanclerz Palpatin" w spódnicy, przed którym nie obronił porę cywilizacji europejskiej żaden chrześcijański rycerz Jedi. Rzeczywistość może być jednak bardziej złożona i nie tak jednoznaczna, jak chciałby Orzechowski, tym bardziej, że w chaosie trudno jest przecież przypisać sprawstwo, odpowiedzialność i winę tylko jednemu czynnikowi. Do depopulacji Europy równie jak babypills przyczyniła się nota bene „epidemia” aborcji. To setki milionów nienarodzonych europejczyków – wielki zbiorowy cień kładący się na przyszłości Zachodu, przy rozmiarze którego Holokaust to mały epizod. Równolegle, systemowy, zmechanizowany i niepotrzebny mord, a wcześniej zadawanie cierpień, odbywają się na zwierzętach – w farmach przemysłowego tuczu i w rzeźniach całego świata. Błękitna planeta spływa krwią.


Orzechowski koncentruje się na współcześnie toczonych wojnach na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej, w szczególności w Syrii. Jednoznacznie wskazuje winnych – doktrynę regime change forsowaną przez USA i z po nazwiskach wymienia polityków odpowiedzialnych i współodpowiedzialnych za jej wdrażanie, wywołane wojny i bezmiar ludzkich cierpień. Ze strony amerykańskiej, za wywołanie konfliktu, kryzysów społecznych i wojny na Bliskim Wschodzie, najbardziej obciąża Hilary Clinton i Georga W. Buscha, przypisując temu ostatniemu bezpośrednią i osobistą wręcz odpowiedzialność za zniszczenie Iraku (na marginesie: P. Zychowicz w swojej książce Żydzi. Opowieści niepoprawne politycznie, 2016 dowodzi tymczasem czegoś wręcz przeciwnego, że to Izrael posłużył się USA do „załatwienia” Iraku, który mu zagrażał). Orzechowski: pięćdziesiąt sześć procent wszystkich uchodźców wojennych na świecie pochodzi z Bliskiego Wschodu, Afryki Północnej i w ogóle Afryki kontynentalnej (…). Uciekinierzy i uchodźcy utracili podstawy egzystencji w niezawiniony sposób, nie wskutek klęsk żywiołowych czy apokaliptycznych kataklizmów, tylko z powodu narzuconych im konfliktów wojennych. Poza wojną nad Zatoką Perską, Orzechowski podaje liczne przykłady interwencji Zachodu (USA) w krajach bliskowschodnich w XX w. i obecnie, których celem była mechaniczna ingerencja w zmianę tamtejszych systemów (ekip) politycznych na zgodne, zazwyczaj tylko czasowo, z interesem zachodnim.


Podstawą bliskowschodnich reżimów (ale i reżimu rosyjskiego) jest gospodarka oparta na ropie i generalnie na węglowodorach – paliwach nieodnawialnych. Utrzymując gospodarkę (transport, logistyka dostaw) opartą na energetyce konwencjonalnej, spalając bezpowrotnie cenne surowce naturalne (gaz, ropa, węgiel) przyczyniamy się nie tylko do zanieczyszczenia środowiska (i zdaniem wielu naukowców do niszczenia klimatu), ale utrzymujemy (finansujemy) w ten sposób reżimy. Cywilizacja islamska czy rosyjska oparte są nie na innowacjach, lecz konwencjonalnych zasobach kopalnych i z każdym tankowaniem samochodu i zapalaniem palnika gazowego w domu te systemy siłą rzeczy wspieramy. Transformacja cywilizacyjna w kierunku ekologicznym w sektorze energetycznym jest więc, w swoim aspekcie społeczno-politycznym, bezpośrednio powiązana z marginalizacją reżimów opartych, w wymiarze duchowym na fundamentalizmie, a w wymiarze materialnym na eksploatacji zasobów nieodnawialnych.


Orzechowski przytacza pierwszy Raport Klubu Rzymskiego z 1972 r. pt. Granice Wzrostu, w którym zagrożenie eksplozją demograficzną (przeludnieniem) jest wymieniane wśród pierwszorzędnych czynników zagrażających środowisku (nadmierna eksploatacja zasobów planety przez żywiołowy rozrost populacji) i przetrwaniu ludzkości na planecie Ziemia. Kolejnych raportów Klubu Rzymskiego Orzechowski już jednak nie przywołuje, a szkoda, gdyż rzetelność badawcza, skoro ten wątek już podjął, tego by wymagała. Zdaniem Orzechowskiego (jak i wielu tendencyjnych konserwatystów) raport ów się nie sprawdził, gdyż przewidywał on 5-miliardową populację jako graniczną, podczas gdy jest nas już 7 miliardów i świat się jak dotąd nie zawalił! Nie przyjdzie mu do głowy myśl, że nie sprawdził się m. in. może właśnie dlatego, że został opublikowany? Niezaprzeczalny jest postęp na gruncie zwiększenia efektywności i produktywności wykorzystania zasobów (choć progres w tym zakresie mógłby być jeszcze o wiele większy - jak przekonywali autorzy słynnej pracy Mnożnik 4: Podwojony dobrobyt – dwukrotnie mniejsze zużycie zasobów naturalnych, 1995). Ponadto skutki ekologiczne działań mogą występować kumulatywnie i objawiać się dopiero z wieloletnim opóźnieniem. Orzechowski boleje za to nad ilością drzew poświęconych na wydrukowanie Raportu w 30-milionowym nakładzie, ale nie zastanawia się już, jakim potencjalnym katastrofom można dzięki takim prognozom zapobiec (choć udowodnić to jest niezwykle trudno).


Swojej pracy Orzechowski nadał podtytuł „Nowy porządek świata”. Sugeruje to, iż iż w książce znajdziemy jakąś politologiczną teorię współczesnej rzeczywistości społeczno-politycznej. Autor jest jednak dziennikarzem i jako dziennikarz napisał swoje dzieło, a stwierdzenia bardziej ogólne pojawiają się w niej tylko okazjonalnie. Jej główne tworzywo stanowi bowiem dziennikarska faktografia i jej określona interpretacja, dobrana jednak w dość spójną narrację, ilustrującą główną tezę: chaos rządzi światem. Pod względem kompletności teorii jego praca ma jednak istotne braki – w minimalnym stopniu uwzględnia bowiem rolę Rosji, Chin i Azji, w tym Korei Północnej (i cywilizacji tych krajów), całkowicie pomijając Amerykę Południową i Australię – a to przecież równie ważne ośrodki cywilizacyjne świata. Książka Orzechowskiego podejmuje też niemal wyłącznie warstwę społeczno-polityczną, marginalnie traktując sferę gospodarczo-biznesową i czy ekologiczną. A z pracy Rothkopfa wiemy, że za polityką stoi (ogromny) korporacyjny biznes ze swoją siecią, globalnych dzisiaj, interesów i powiązań. Temat ten Orzechowski tylko momentami dotyka, jak np. w przypadku biznesu militarnego i gigantycznych dochodów, jakie czerpie on z konfliktów i wojen, które sam często stymuluje i prowokuje. Innym przykładem jest przemysłowy agrobiznes (którego "biznesowość" polega głównie na wyciąganiu od państwa gigantycznych dotacji do upraw i hodowli) wysyłający swoje schemizowane produkty jako pomoc żywnościowa do biednych z krajów „Trzeciego Świata”. Podtytuł książki może więc być mylący i sugerować błędnie geopolityczne aspiracje pracy autora. Przyjąwszy jednak główne założenie książki o wyjaśnieniu przyczyn współczesnej dezintegracji cywilizacji zachodniej, spełnia ona swoje zadanie, tym bardziej, że włączenie do niej jeszcze wątków rosyjskich, chińskich i biznesowych, spowodowałoby rozrost treści, co przy niemal 700-stronicowej jej objętości mogłoby uczynić ją już lekko „ciężkostrawną”.


Być może to jednak dobry asumpt do kolejnej takiej pracy, akcentującej wątek azjatycki w opisie kryzysu współczesnej cywilizacji zachodniej. W omawianej książce jest nią niemal wyłącznie Bliski Wschód i Afryka. To tam autor upatruje głównego zagrożenia dla naszej cywilizacji, nadchodzącego wraz z falą rosnącej imigracji. Warto zaznaczyć, że w całej swojej książce Orzechowski stara się zachować dziennikarski dystans i obiektywizm (na tyle, na ile w ogóle dziennikarska obiektywność jest w ogóle możliwa), koncentrując się na faktach i nie narzucając czytelnikowi subiektywnych uprzedzeń czy jednoznacznych politycznie poglądów. Na ilustracji do tego postu, zestawiłem książkę Orzechowskiego z wydaną dwie dekady wcześniej słynną pracę badacza cywilizacji Samuela P. Huntingtona Zderzenie cywilizacji (wyd. polskie 1998 r.) oraz Beniamina R. Barbera Dżihad contra MCŚwiat (wyd. polskie 2000 r.). W takiej bowiem perspektywie problematyka podjęta w książce Orzechowskiego, moim zdaniem się właściwie plasuje i choć sam autor nie jest politologiem, ani teoretykiem kultury czy cywilizacji, tylko dziennikarzem, zamysł i wymowa jego dzieła wpisuje się w optykę konfliktu cywilizacji, zasadniczo między cywilizacją zachodnią a islamską. U Orzechowskiego brakuje mi jednak tej politologicznej czy też cywilizacyjnej perspektywy, która zmniejszyłaby, uciążliwą nieraz "chaotyczność" przytaczanej przez niego faktografii i nadała koncepcyjny "porządek" prezentowanym treściom. Przykładowo Barber przedstawił swoją cywilizacyjną wizję konfliktów cywilizacji współczesnej w ciekawej, systematyzującej optyce (i swoistej dialektyce) Dżihadu i McŚwiata: między tymi dwoma przeciwstawnymi siłami świat wymyka się bowiem spod kontroli. Czyżby więc wspólną cechą Dżihadu i McŚwiata była anarchia: brak wspólnej woli i tej świadomej, podporządkowanej prawu zbiorowej kontroli społecznej, którą nazywamy demokracją? (...) Dżihad wytwarza społeczności oparte na więzach krwi, wykluczeniu obcych i nienawiści, mające demokrację za nic i przedkładające nad nią despotyczny paternalizm lub uznaną przez ogół więź plemienną. McŚwiat tworzy światowe rynki oparte na konsumpcji i zysku, a kwestie dobra publicznego, o które niegdyś troszczyły się demokratyczne społeczności i ich rządy, pozostawia mało odpowiedzialnej, jeśli wręcz nie fikcyjnej "ręce rynku". Rządy, onieśmielone ideologią rynku, wycofują się w najmniej odpowiednich momentach, kiedy powinny stanowczo interweniować. Koncepcją Barbera jest dualistyczna. Zakłada binarny podział na dwie przeciwstawne i zwalczające się siły, z których, z dwojga złego lepszy już jest MacŚwiat, niż morderczy Dżihad. To jednak fałszywa opozycja, podobnie jak fałszywe aksjologicznie są wybory pomiędzy: kapitalizmem i socjalizmem, komunizmem i faszyzmem, materializmem i idealizmem, liberalizmem i etatyzmem, tyranią i anarchią. Wszelkie skrajności są złe a zdrowy rozsądek nakazuje poszukiwanie złotego środka, umiaru, zrównoważenia i trzeciej drogi. Współcześnie oferuje ją transpolityczna koncepcja trwałego i zrównoważonego rozwoju Sustainable Development (Sustainability).


Orzechowski nie odnosi się do żadnych koncepcji czy modeli politologicznych, w tym np. dorobku Zbigniewa Brzezińskiego, który koncepcję chaosu w geopolityce lansował już w wydanej w 1993 r. książce Out of Control. Global Turmoil on the Eve of the Twenty-First Century. Zacytujmy też Huntingtona sprzed ćwierćwiecza: Świat może być pogrążony w chaosie, ale jakiś porządek też w nim panuje. Wizja powszechnej, niezróżnicowanej anarchii nie dostarcza zbyt wielu wskazówek pomagających zrozumieć świat, uporządkować wydarzenia i określić ich znaczenie, przewidzieć trendy w tej anarchii, odróżnić od siebie poszczególne rodzaje chaosu oraz ich prawdopodobnie odmienne przyczyny i konsekwencje, no i opracować wytyczne dla twórców polityki. Od przytłaczającej faktografii Orzechowskiego, której wielość i różnorodność wywołuje trochę wrażenie tytułowego chaosu, wolę właśnie systematyzujące złożoność materii społeczno-politycznej koncepcje, do których należy teoria cywilizacji S. Huntingtona (w tym miejscu warto wspomnieć zasługi polskiego historyka Feliksa Konecznego dla rozwinięcia nauki o cywilizacjach). Głosi on, że istotą każdej cywilizacji jest kultura, a istotą każdej kultury religia (wyróżnia siedem współczesnych cywilizacji, które siłą rzeczy konkurują o byt na naszej planecie). W imię religii - dziedziny obejmującej kwestie ostateczne i sprawy życia i śmierci - i lansowanego przez nią pojęcia Boga (lub bogów w przypadku politeizmu), wielu jest w stanie oddać życie i prowadzić niekończące się wojny. W imię jedynie słusznej wizji Boga i jedynie słusznej kultury, wyniszczono wiele etnicznych wspólnot zubażając krajobraz kulturowy świata, analogicznie jak wyniszczono bezpowrotnie wiele ekosystemów. Warto przypomnieć, że proceder ten nadal trwa i postępuje w zastraszającym tempie (co 3 lata na świecie znikają lasy tropikalne wielkości powierzchni Polski), a oryginalnych, pierwotnych dzikich wspólnot człowieka, nieskażonych cywilizacją techniczną już właściwie nie ma.


Skolimowski oskarżał Zachodni mechanicyzm i będącą jego politycznym wcieleniem technokrację, nie tylko o zniszczenie środowiska i jego różnorodności biologicznej, ale również o zniszczenie różnorodności kulturowej, w czym europejski kolonializm (a wcześniej konkwista) miały kluczowe „zasługi”. Wątpliwe moralnie ingerencje Zachodu w systemy społeczne Bliskiego Wschodu w XIX i XX wieku są źródłowym powodem obecnych problemów cywilizacyjnych, chaosu politycznego w krajach Afryki północnej i fali migracji zalewającej Europę. Orzechowski prezentuje przebieg i rekonstruuje przyczyny destrukcji społeczno-politycznej Libii, Tunezji, Afganistanu, Egiptu i innych krajów północnej Afryki i Bliskiego Wschodu. Przy okazji wskazuje palcem polityków winnych tej sytuacji. Rekonstruuje też ideologię islamską i jej wpływ na współczesne przemiany społeczne, w tym na światowy terroryzm. Istotą tej ideologii jest religijny fanatyzm i dokonywane w jego ramach symplifikacje (uproszczenia), w tym podział ludzi na dobrych (wiernych) i złych (niewiernych). Prymat wiary nad rozumem jest jego zdaniem symptomatyczny dla każdej religii i trudny, o ile w ogóle możliwy, do pogodzenia z jakąkolwiek wolną i racjonalną refleksją – warunkiem jakiegokolwiek intelektualnego i kulturowego rozwoju. Religia jednoznacznie objaśnia świat, oferuje gotowy, bezdyskusyjny (dogmatyczny) i „jedynie słuszny” światopogląd, wymagający tylko afirmacji, kontemplacji i kultu. Spośród religii monoteistycznych, jedynie w judaizmie możliwe były żywiołowe dyskusje na temat prawd wiary, co w przywołanej wyżej książce Kłopotowski uznał za źródło intelektualnej, a de facto cywilizacyjnej przewagi Żydów nad innymi nacjami.


Islam anihiluje podziały etniczne i rasowe między ludźmi (co, nota bene na marginesie, jako zaletę do naśladowania przez Zachód eksponował brytyjski historyk cywilizacji A. Toynbee, podczas gdy w Europie nacjonalizm i rasizm był przyczyną podziałów i wojen...). Znosi też granice między sferą świecką i religijną. Jest też wolny od fetyszyzowania techniki i technologii (wykorzystuje jednak pragmatycznie zachodnie wynalazki techniczne, w tym Internet i telekomunikację do propagowania swojej doktryny i ideologii). To cechy, które z pewnością wpisują się w optykę ekologii lewicowej. Orzechowski wytyka jednak islamizmowi dogmatyzm, antyintelektualizm, schematyzm, stagnację, brak inicjatywy, brak powszechnego czytelnictwa i chęci rozwoju intelektualnego. Te same zarzuty można jednak też postawić wielu „chrześcijanom” różnych wyznań, dla których boskie objawienie sprzed 2 tysięcy lat (przetrawione następnie przez plejadę doktorów Kościoła i papieży) jest pełną, jedyną i absolutną prawdą, odpowiedzią na wszelkie pytania i całkowitym wyjaśnieniem Świata, zwalniającym z obowiązku własnych dociekań, trudu myślenia i poznawania.


Jak sugeruje „eko-islam” proekologiczna, choć siłą rzeczy antropocentryczna, interpretacja islamu jest wszakże równie możliwa, jak chrześcijańska, opierająca się na założeniu, że człowiek jako opiekun powierzonego mu przez Boga stworzenia, ma obowiązek o nie dbać i o nie się troszczyć, a nie je bezkarnie niszczyć. Jasno i wyraźnie, poniekąd w opozycji do słynnego i kontrowersyjnego „Czyńcie sobie Ziemię poddaną” zostało to sformułowane w1981 w postaci 11-go przykazania "Ziemia jest Pana i wszystko co na niej. Nie będziesz więc zanieczyszczał Ziemi i niszczył życia na niej". Gdyby wzorem Stowarzyszenia 11-go Przykazania z San Francisco powstał np."Ruch zielonych sutann" propagujący ożywcze, zielone idee w Kościele, coś mogłoby drgnąć. Jeśli jednak, jako ingerencja w doskonałe (a więc ostateczne) Słowo Boże jest to uznawane za bluźnierstwo, to tym bardziej wszelkie takie uzupełnienia będą za takowe uznane na gruncie, bardziej radykalnej, religii Proroka. „Konkurowanie” w wynajdywaniu proekologicznych zapisów w Świętych Księgach i ich ekointerpretacje, z punktu widzenia ekologizmu, jest z pewnością pożądane i pożyteczne. Pojęcie „eko-islam” pojawia się w sieci częściej, niż „eko-chrześcijaństwo”, czy „eko-prawosławie” (o innych religiach nie wspominając, choć hinduizm i buddyzm, z uwagi na immanentne pojmowanie Boga jako zawierającego się w Naturze i antymaterialistyczne wartości, uznawane są zazwyczaj za z istoty swej proekologiczne). Skąd ta dygresja ekoteologiczna w kontekście przedmiotowego chaosu opanowującego globalną politykę? Otóż kultury, języki i cywilizacje ludzi dzielą, a środowisko ludzi łączy. Wszyscy żyjemy pod tym samym rozgwieżdżonym niebem, w którym wypisana jest zarówno nasza geneza - z pyłu gwiezdnego powstaliśmy bowiem - jak i nasze przeznaczenie. Wszyscy ludzie oddychają tym samym powietrzem. Pod względem biologicznym jesteśmy równi i należymy do jednego gatunku, dumnie i trochę na wyrost nazwanego sapiens sapiens (mądry). Wszyscy ludzie chcą oglądać czyste, nieprzesłonięte smogiem niebo, oddychać czystym powietrzem, pić czystą wodę i jeść wolną o chemicznych zanieczyszczeń żywność. Wszyscy życzą sobie zdrowia i szczęścia. O tej wspólnej dla wszystkich ludzi kanwie mówi ekologia filozoficzna, starając się na gruncie wspólnej troski o środowisko, stworzyć system uniwersalnych dla całej ludzkości, lokalnych i globalnych wartości. Dopóki ekofilozofia i polityka ekologiczna nie wejdą do mainstream'u, świat będzie dalej pogrążał się w chaosie partykularnych interesów będących źródłem konfliktów i wojen. Czy zielona ekologia ma się zatem zupełnie nijak do czerwonej od krwi zawieruchy w piaskach północnej Afryki? Zielone idee obecne są i tam, a przykładem niech będzie ekologia społeczna Murray Bookchina'a która legła u podstaw koncepcji państwa kurdyjskiego - Rożawy.


Ile jeszcze cierpienia, śmierci, wyniszczenia ekosystemów musi się dokonać, aby ludzie wpływowi i decyzyjni opamiętali się i zjednoczyli pod hasłem woli przetrwania, pod przewodem samozachowawczego instynktu i w obliczu wyniszczenia życia na całej planecie, od której dobrostanu przecież wszyscy zależymy, niezależnie od koloru skóry, zamożności, poglądów i religii? Wobec świadomej potrzeby przetrwania ludzkości w Kosmosie - naszym najszerszym środowisku, które w greckim języku znaczy tyle co Porządek i Piękno i od którego tylko tyle i aż tyle powinniśmy się nauczyć. Paradoksalnie, lektury pokazujące do bólu problematykę tego Świata są w tym też bardzo pomocne, o ile problemy te odnosimy do coraz szerszych kontekstów rozumienia.



Ci, którzy kontrolują informację, telekomunikację i rozrywkę uzyskają ostateczną kontrolę nad losem człowieka. Jeśli nie uda się nam przedstawić alternatywy wobec starcia między Dżihadem a McŚwiatem, epoka, na której progu stoimy - postkomunistyczna, postindustrialna, postnarodowa, ale przy tym naznaczona sekciarstwem i fanatyzmem i budząca lęk - okaże się także ostatecznie (na naszą zgubę) epoką postdemokratyczną.

B. Barber

To kultura i tożsamość kulturowa, będąca w szerokim pojęciu tożsamością cywilizacji , kształtują wzorce spójności, dezintegracji i konfliktu w świecie, jaki nastał po zimnej wojnie. (...) Od tego czy przywódcom świata uda się zaakceptować wielocywilizacyjny charakter polityki globalnej i podjąć współdziałanie, by go utrzymać, zależy uniknięcie globalnego konfliktu. (...) Miejsce rywalizacji supermocarstw zajęło starcie cywilizacji.

S. Huntington

Media nie dyktują jeszcze ludziom, jak mają myśleć, ale na pewno już decydują o czym będą myśleć.

Z pewnością wiek XX zapisze się jako wiek pigułki w historii tej części ludzkości, która po nią sięgnęła (...) Wiek XXI zapisze się w historii europejczyków, a może nawet całej ludzkości, jako wiek wielkiej emigracji z Afryki do Europy i jej skutków.

Te wszystkie fecebooki, twittery, chaty, blogi, bezgraniczne sieci przewróciły nam w głowie. Tracimy cierpliwość dla świata realnego. Im gorzej na ziemi, za oknem, tym szybciej i częściej uciekamy do doznań wirtualnych, nad którymi, jak sądzimy panujemy. Oderwani od realności jesteśmy przynajmniej u siebie, tak myślimy. Nam to pomaga na chwilę, światu coraz mniej.

M. Orzechowski


udost_face_1jpg
   udost_tweetjpg