Eko-nomiczne wnyki i eko-logiczna wolność

Eko-nomiczne wnyki i eko-logiczna wolność


Człowiek rodzi się wolny, a wszędzie gdzie nie spojrzeć, widzimy go w kajdanach.

Jean Jacques Rousseau


Świat ma wystarczająco zasobów, żeby zaspokoić nasze potrzeby. Ale ma ich za mało, by zaspokoić naszą chciwość i próżność.

Mahatma Ghandi


Ochrona przyrody jest ważniejsza niż ochrona neoklasycznego paradygmatu ekonomii.

P. Söderbaum


Niezrównoważone ekologicznie praktyki gospodarcze powodują niszczenie - znikanie z powierzchni ziemi - od 15 do 25 gatunków roślin i zwierząt dziennie (wg. danych WWF).


Jeśli obecne tempo zużywania zasobów się utrzyma, w 2030 będziemy potrzebować ponad dwóch planet do zaspokojenia naszych potrzeb

WWF


Inny paradygmat ekonomiczny to z pewnością nie stagnacja, ascetyzm, czy powrót do prymitywnych form cywilizacji, lecz inne potrzeby i inne sposoby ich zaspokajania.

Konrad Waloszczyk Planeta nie tylko ludzi (1997)


System przyrodniczy jest jedynym w świecie przykładem biznesu, który nie zbankrutował przez ostatnie trzy miliardy lat.



Czy wykonujesz pracę, którą kochasz? Jeśli tak – masz szczęście. Jeśli nie, należysz do grona zdecydowanej większości ludzi, którzy pracę traktują jako przykry obowiązek, warunkujący utrzymanie się na powierzchni życia. Czy tak było zawsze, a praca od czasu porzucenia mitycznego raju jest karą za pierworodny grzech ciekawości pierwszych ludzi?


Jeśli raj kiedyś istniał, to była nim z pewnością pierwotna jedność naszego gatunku z przyrodą. W naturalnym systemie przyrodniczym nie istnieje osobna kategoria pracy. Istnieje po prostu aktywność organizmów biologicznych w naturalnym środowisku, która ma na celu utrzymanie się przy życiu i przetrwanie. Dopiero wraz z powstaniem kultury i cywilizacji zaczęło narastać różnicowanie i dzielenie – podział pracy, następnie rozwój wymiany i handlu, początkowo w formie barterowej, później z użyciem płacidła, a w końcu pieniądza (którym były początkowo przedmioty wymienne niekruszcowe, w zależności od regionu: sól, skóry zwierzęce, kamienie, muszle i in.). Wraz z rozwojem banków (pierwszy powstał ponoć w Wenecji w połowie XII w. - od wł. bancco ławka, na której dokonywano transakcji). Wraz z rozwojem kredytu rozpoczęło się traktowanie pieniądza jako towaru, a tym samym i przyznanie mu ceny – stopy procentowej (lichwy). W celu przeciwdziałaniu fałszowaniu pieniędzy, oparto go na kruszcach szlachetnych (srebrze i złocie). Później od tego stopniowo odchodzono, wprowadzając w końcu pieniądz papierowy (symboliczny), a dziś zupełnie już zdematerializowany – elektroniczny, który umożliwia bankom totalną kontrolę obiegu pieniądza w gospodarce. zupełnie eliminując prywatność naszych wydatków.


Uznając, za Skolimowskim, że korzenie ekologicznego i kulturowego kryzysu cywilizacji współczesnej leżą w początkach ery nowożytnej – w kartezjańskim dualizmie i w koncepcji wiedzy jako władzy F. Bacona (scientia est potentia), czyli ogólnie mówiąc w mechanicyzmie, źródeł kryzysu eko-nomicznego również można się tam doszukiwać. Gospodarka to przecież kluczowy filar każdej cywilizacji. O tym, że kryzys to zjawisko w cywilizacji współczesnej już permanentne, pokazali dobitnie w książce Kryzys bez końca J. B. Foster i R. W. McChesney, upatrując jego źródła w schizofrenicznym rozdwojeniu sfery gospodarki realnej od wirtualnej (spekulacji finansowych), która to sfera pochłania coraz większy obszar dynamiki finansowej generując spekulatywne zyski, jednocześnie nie wytwarzając żadnych realnych dóbr i pasożytując na realnej gospodarce i ciężkiej pracy ludzi. Parę cytatów tej pracy: Finansjeryzacja, zwiększając akumulację kapitału poprzez proces ekspansji spekulacyjnej, ostatecznie przyczynia się zatem do korozji całego ładu społecznego i gospodarczego, przyspieszając jego upadek. (…) System kredytowy stał się obecnie główną nowoczesną dźwignią wydobywania przez kapitał finansowy bogactwa od reszty ludności. (…) Tworzenie i utrzymywanie barier wejścia na rynek jest kluczowym zadaniem każdej korporacji (…) gigantyczne spółki kapitałowe w coraz większym zakresie reprezentują pakiet kontrolny gospodarki światowej, przy bardzo poważnych konsekwencjach tego faktu dla przyszłości kapitalizmu, ludzkości i planety. (…)  Wzrost międzynarodowego kapitału monopolistyczno-finansowego nie tylko rozciągnął stagnację na dużą część planety, ale doprowadził także do finansjeryzacji, wraz z tym jak gigantyczne firmy, nie mogąc w ramach produkcji znaleźć odpowiednich możliwości inwestycyjnych dla swoich ogromnych nadwyżek ekonomicznych, coraz częściej zwracały się w stronę spekulacji na światowych rynkach finansowych. W rezultacie kryzysy finansowe stały się zarówno bardziej powszechne, jak też bardziej dotkliwe, podczas gdy systemy państwowe na całym świecie są w coraz większym stopniu narażone na kaprysy gigantycznego kapitału i zmuszane do ratowania korporacji, uważanych za „zbyt duże, by upaść”. Władze na poziomie krajowym, regionalnym i lokalnym starają się uprzątnąć wynikające z tego kryzysy fiskalne uderzając w ogół społeczeństwa – tnąc wydatki na świadczenia społeczne i tworząc bardziej regresywne systemy podatkowe – a tym samym wzmagając faktyczny poziom wyzysku w społeczeństwie. (...) całe to parcie w kierunku monopolistycznego rozwoju transnarodowo-korporacyjnego na każdym kroku było wspomagane i podsycane przez neoliberalną ideologię, zakorzenioną w „wolnorynkowej” ekonomii Hayeka i Friedmana. Opisy różnych form wyzysku pracowników fabryk zachodnich korporacji w Chinach - przemysłu obuwniczego, tekstylnego, zabawkarskiego, komputerowego, telekomunikacyjnego - zawarte w tej książce są porażające. Mimo nieco marksowskiego skrzywienia tej pracy, dobrze oddaje ona rzeczywistość współczesnego kapitalizmu globalnego, opierającego swą nieprawdopodobną akumulację kapitału (bogacenie się światowej elity bogatych) na gigantycznym wyzysku zasobów ludzkich (globalnego Południa) i zasobów przyrodniczych całej Planety.

To zatem finansowo-gospodarczy techno-system, będący w istocie zmaterializowanym mechanicyzmem, wyznacza reguły gospodarczej gry na świecie, a właściwie neofeudalnego kolonializmu i zakamuflowanego, finansowego zniewolenia i ekonomicznego niewolnictwa. Zadłużenie obywateli i państw (dług publiczny - vide licznik w centrum Wa-wy - nie jesteśmy w tym aspekcie bynajmniej wyjątkiem) ciągle rośnie, a wszyscy tracimy swą wolność, niezależność i dobrą przyszłość, uwięzieni na pokolenia na niewidzialnych smyczach długów, skupionych w rękach finansowej kasty.

Czy w normalnej, zdrowej gospodarce, ten który: żywi, uczy, leczy, broni - nie powinien mieć godnego wynagrodzenia? Tymczasem te grupy zawodowe zarabiają najmniej i najczęściej też protestują (może poza służbami mundurowymi, które protestować nie mogą). A kto zarabia „godnie”? Bankierzy, finansiści, kadry managerskie korporacji, elity mainstreamowych mediów żyjących z korporacyjnych reklam, słowem „funkcjonariusze Mechanosa”. Kto z nich wytwarza wartość dodaną dla społeczeństwa? Czy Ci, co sprzedają pieniądz na wysoki procent (lichwa) i toksyczne dla zdrowia i środowiska korporacyjne i uzależniające, często jednorazowe produkty (żywnościowe, użytkowe, informacyjne)? Czy może ciężko pracujący rolnicy ekologiczni? Widać więc wyraźnie, że rzeczywistość gospodarcza stanowi zaprzeczenie racjonalnej i elementarnie sprawiedliwej ekonomii.

Ktoś „mądry” powie, że o płacach (jako cenach za pracę) decydują, tak jak i na wszystkich rynkach, prawa podaży i popytu. Jeśli jest dużo pielęgniarek (osób chcących i mogących wykonywać ten zawód) ich płaca będzie malała i odwrotnie, jeśli jest ich mało na rynku pracy, cena za ich pracę powinna rosnąć. Czy chętnych i zdolnych do wykonywania "niezwykle użytecznych" prac finansowych jest tak mało, że uzasadnione są ich bajońskie zarobki? Mechanizm podaży i popytu jest zwykłym mechanizmem regulacyjnym, podobnie jak w ekosystemie naturalnie i samoczynnie reguluje się liczebność populacji drapieżników i zwierząt, na które polują. Jeśli uzależnię ludzi od leków, narkotyków, dopalaczy, pornografii, rozrywki, hazardu, ideologii, wierzeń, informacji, gier komputerowych, technologicznych gadżetów i in. „wynalazków” cywilizacji, popyt na nie mam zagwarantowany, a ich cena będzie zależała od popytu (zdolności zakupowej) i podaży (dostępności danego towaru/usługi) na rynku. Mechanizm ten nic jednak nie mówi o wartościach moralnych i etyce danego rynku i biznesu. Same rynki zbudowane są na pewnych wartościach, czyli czynnikach uznawanych za ważne i wartościowe w danej społeczności i w danym czasie.

Trudno się więc dziwić, że osoby o rozbudowanej wrażliwości, aspiracjach duchowych, humanistycznych czy artystycznych, którym nie udało się wkręcić w akademicki kub kościelny kierat lub znaleźć sponsora (mecenasa) mają ogromne problemy ze znalezieniem swojego miejsca w życiu i w świecie, który ceni i wynagradza zasadniczo te dyspozycje, postawy i zachowania, które są zgodne z mechanistycznym paradygmatem: praktycznej użyteczności, techniczności, itp. (mechanistyczne „wartości” wymieniam niżej). Czy artyści, poeci, filozofowie, humaniści, powinni tworzyć swoje dzieła na potrzeby rynku, czyli się komercjalizować? Rynek nie jest bogiem, ale miejscem transakcji, którego strukturę wyznaczają potrzeby i interesy nabywców. Te zaś zależą od wartości, jakimi się oni kierują, a więc od struktur (hierarchii) aksjologicznych, determinowanych przez wyznawane (dominujące) w danej epoce/cywilizacji ideologie i filozofie. Tak więc koło (pętla) się zamyka.


Czy obecny trend ekologiczny coś w tym zakresie zmienia? Co ma ekologia do gospodarki? W akademickich podręcznikach ekonomii, kwestiom ekologicznym poświęca się zazwyczaj nie więcej, niż jeden procent ich treści. W konwencjonalnej, tradycyjnej ekonomii nie ma więc „eko”! Czy wynika to z tego, że mainstreamowi ekonomiści są tak ślepi, że problematyki ekologicznej i środowiskowych ograniczeń wzrostu, o których trąbi się od końca lat 60-tych, w ogóle nie dostrzegają? Niektórzy pewnie tak, ale zasadniczo cała teoria ekonomii liberalnej jest instrumentem i uzasadnieniem mechanistycznego systemu eksploatacji planety i ludzi – swoistą rakowatą naroślą na biosferze. Ideologiczny i gospodarczy technosystem (zwany przez Skolimowskiego „Mechanosem”) sponsoruje wiele tendencyjnych badań, naukowców i wręcz uczelni, które potwierdzają i utrzymują z góry założone teorie i pseudonaukowe mrzonki, usprawiedliwiające ten patologiczny układ. Ta sama sytuacja ma miejsce w konwencjonalnej medycynie, gdzie lekarze są w zasadzie akwizytorami, by nie rzec „niewolnikami” farmaceutycznych koncernów, wywierających na nich stałą presję w zakresie sprzedaży ich chemicznych wynalazków – leków mających wiele skutków ubocznych. Przykre jest więc to, że studenci wybierający kierunki ekonomiczne, pozbawiani są bardzo często możliwości zapoznania się z rzeczywistymi mechanizmami gospodarczymi, które ukazuje dopiero ekonomia środowiskowa i ekologiczna, podobnie jak lekarze zachodnich uczelni medycznych nie wiedzą za wiele o alternatywnych, bardziej holistycznych metodach leczenia.


Kto jednak decyduje o tym co jest ważne i wartościowe? Decydują o tym, wbrew pozorom, nie Ci co mają pieniądze, wpływy i władzę, ale decydują o tym ich ideologie i filozofie, których mogą być świadomi lub nie. Przykładem niech będzie G. Soros. Niektórzy są świadomi swoich ideologii i filozofii (jak Soros właśnie) i otwarcie się do nich przyznają, propagując i wdrażając je w życie zawzięcie. Inni nie są ich świadomi i stwierdzają: „taka jest rzeczywistość”, „to jest normalne”, „to siła wyższa”, „nie zmienimy tego”, uznając obecne stosunki ekonomiczne za obiektywny, normalny i konieczny stan rzeczy, do którego należy się po prostu dostosować. Ludzie Ci, z braku filozoficznego wyrobienia, nie dostrzegają płynności ontologicznych podstaw (założeń) rzeczywistości i jej fundamentalnej nieoczywistości. Z tego też nieświadomego ducha wypływa stwierdzenie „na ekologię nas nie stać”. Czyli stać nas na życie niezdrowe, skażone środowisko, zanik bioróżnorodności, wyginięcie gatunków, choroby i docelowo śmierć w męczarniach.

Na jakich więc wartościach ufundowane są współczesne, dominujące (mainstreamowe) rynki? Na wartościach wynikających z filozofii: nowożytnego mechanicyzmu, materializmu, utylitaryzmu, pragmatyzmu – na maksymalizacji:

  • użyteczności

  • wydajności

  • efektywności

  • praktyczności

  • nowości

  • szybkości

  • ekspansji

  • innowacyjności

  • interesowności

  • reklamy i manipulacji

  • kwantyfikowalności (przeliczalności wszystkiego na liczby, pieniądz, korzyści, wskaźniki, zysk)

  • konsumpcji i posiadania rzeczy materialnych, a de facto wytwarzania odpadów

  • centralizacji siły ekonomicznej, bogactwa i władzy.

  • uregulowania (unormowania) i sformalizowania wszystkiego

Elementy te budują mechanizm ekonomicznych, ale i egzystencjalnych wnyków, w jakie łapany jest współczesny człowiek i jego wolność (ponoć wartość najcenniejsza).

Eksploatacyjny system konwencjonalnej ekonomii liberalnej nie mógłby dominować rynków, uniwersyteckich katedr i ludzkich umysłów, gdyby nie będące na jego usługach media. To, że tak jest, potwierdza każde spojrzenie na codzienne reklamy, zalewające nasze mózgi informacyjnym ściekiem, robione przez wielki, niszczący środowisko i zdrowie biznes (ekologiczne reklamy to zaledwie promil w konwencjonalnym mainstreamie). Niechlubną rolę mediów (a właściwie mediokracji) dobrze scharakteryzował Stanisław Ignacy Fiut w artykule Idea rozwoju zrównoważonego w perspektywie filozofii Henryka Skolimowskiego:

Dominacja doktryny liberalnej, premiującej indywidualizm, konsumpcjonizm, kult techniki i nowych technologii hamuje postawy rewerencyjne nie tylko na poziomie społecznym, ale i świadomościowym, bo siła mediów zastępuje nie tylko wyobraźnię ludzi, ale i ich logikę myślenia, czyniąc ich przedłużeniami (ekstensjami) mediów, a nawet ich odbiornikami. Cały natomiast przemysł medialny (zarówno starych jak i nowych mediów), kieruje się logiką eksploatacji konsumentów, opartą na ekonomii emotywnej (a nie tylko producentów, co miało miejsce w systemie industrialnym). Dlatego ludzie czują się wyobcowani od systemu, struktur społecznych i od samych siebie, a media starają się im nawet zastąpić naturalne związki ze sobą, drugim człowiekiem i społeczeństwem, panując nieustannie nad ich uwagą, by ją następnie sprzedać reklamodawcom, czyli wyrafinowanym instytucjom kapitalizmu. Stosują przy tym ideologię strachu, pokazując świat jako środowisko zbrodnicze i nieprzyjazne, by następnie technikami wyszukanej perswazji obok niego ukazywać świat kreowany reklamą, przypominający „biblijny raj”, pod warunkiem, że w życiu codziennym człowiek bezrefleksyjnie przyjmie żelazne reguły logiki konsumpcji (Jenkins, 2007; Keen 2007). Media muszą więc wcześniej skolonizować systemowo ich „świat życia”, uczynić z nich własne przedłużenia, a nawet odbiorniki działające na ich częstotliwości, a więc wbudować ludzi w system, w którym wolność rozumiana jest jako bezgraniczny dostęp do wszystkich form konsumpcji realnej i symbolicznej, zaś zniewolenie zostaje przedstawione właśnie jako ograniczenie jakiejkolwiek formy konsumpcji.

***

A jakie wartości oferuje nam a contrario ekonomia ekologiczna, czyli „eko do kwadratu” oraz ekonomia zrównoważonego rozwoju oparta na ekoetyce? To:

  • szacunek do skończonych zasobów środowiska i planety Ziemia - traktowanie przyrody nie tylko jako zasobów do wykorzystania w ramach działalności gospodarczej, lecz uznanie gospodarki za część systemu biosfery, podporządkowaną jej prawom i granicom tolerancji;
  • uwzględnienie kosztów środowiskowych i społecznych w cenie produktów (w tym podejściu produkty ekologiczne okazują się tańsze, niż konwencjonalne – niszczące zdrowie i środowisko)

  • uznanie wartości samych w sobie (pozautylitarnych) innych istot żywych, gatunków, ich siedlisk i dobrostanu;
  • minimalizacja (optymalizacja) potrzeb materialnych i rozwój potrzeb wewnętrznych, duchowych – wrażliwości i kreatywności; równoważenie dobrobytu (jakości posiadania) z dobrostanem (jakość życia);

  • jakościowe wskaźniki rozwoju gospodarczego i jakości życia (a nie tylko ilościowe wskaźniki wzrostu konsumpcji i produkcji jak PNB i PKB);

  • sprawiedliwość dla wszystkich (międzyludzka, międzynarodowa, międzygatunkowa i międzypokoleniowa);

  • „rynek” wartości duchowych – rozwój przestrzeni życia duchowego i intelektualnej dynamiki w społeczeństwie;

  • czysta, ekologiczna produkcja i zrównoważona konsumpcja;

  • odnawialne źródła energii (demokracja energetyczna);

  • ekonomia społeczna (kooperatyzm);

  • decentralizacja monopoli biznesowych i politycznych; zrównoważone, zielone inwestowanie;

  • ekonomiczne waloryzowanie pracy w domu i wychowywania dzieci;

  • zamknięcie obiegu materii w gospodarczym cyklu (circular economy) i tzw. zielony wzrost (green growth).

Absurdalność współczesnego fetysza konwencjonalnej ekonomii – wzrostu PKB – dobrze oddaje fakt, że do jego wielkości wlicza się zarówno wartość sprzedanych papierosów (i innych szkodliwych produktów, do tego wskaźnika UE chciała też zawzięcie włączyć dochody z prostytucji), jak i pieniędzy wydanych na leczenie czy ochronę środowiska. Zatem im więcej palimy i wydajemy na walkę z nowotworami i im większe ponosimy koszty związane z degradacją środowiska, tym większe PKB. 


Guru liberalnych ekonomistów Adam Smith w swoim Bogactwie Narodów pisał: Nie od przychylności rzeźnika, piwowara czy piekarza oczekujemy oczekujemy naszego obiadu, lecz od ich dbałości o własny interes. Zwracamy się nie do ich humanitarności, lecz do egoizmu. I wierzył zawzięcie w niewidzialną rękę rynku, która automatycznie wyreguluje wszelkie partykularyzmy i egoizmy. Rzeczywistość dopisała jednak cyniczny komentarz do jego filozofii (bo swoje prace pisał jako filozof moralności) i potwierdziła fakt wręcz przeciwstawny, że niewidzialna ręka rynku to ręka złodziejska. Prywatyzacja zysków i uspołecznianie kosztów, czyli strukturalne skupianie bogactwa w rękach nielicznych (elit) i powszechne dzielenie biedy, to modus vivendi globalnych, pasożytniczych podmiotów ekonomicznych, jakimi są ponadnarodowe korporacje. W dzisiejszej rzeczywistości prawdziwe jest zdanie dokładnie odwrotne do tego co twierdził Smith. Od piekarza oczekujemy właśnie humanitaryzmu, że do chleba nie doda nam całej gamy toksycznych środków (tzw. polepszaczy i wypełniaczy) i mąki z pozostałościami pestycydów, co zazwyczaj piekarnie czynią, aby przyoszczędzić na kosztach i zwiększyć swój zysk. Niestety dziś powszechnie dostępny chleb powszedni, to przeważnie trucizna (zobacz wpis o chlebie), ale mimo codziennie powtarzanej modlitewnej frazy „Chleba naszego powszedniego...”, niewielu chrześcijanom przyjdzie na myśl modlitwa o zdrowy, ekologiczny chleb, nie mówiąc już o ekologicznej hostii.


Tradycyjna, konwencjonalna ekonomia liberalna, jak wszystko na to wskazuje jest zasadniczo teoretycznym i ideologicznym uzasadnieniem neofeudalnego systemu eksploatacji ludzi i przyrody przez wąskie, biznesowo-polityczne i medialne elity. Dlatego też takie ciekawe i pożyteczne teorie (choć bardzo praktyczne), jak ekonomia zrównoważonego rozwoju nie mogą sobie utorować drogi nie tylko do powszechnej świadomości ludzi, ale i do większości uczelni ekonomicznych i studentów. Tymczasem ekologiczna rewolucja w ekonomii ma taką samą, o ile nie większą rangę, jak rewolucja keynesowska w latach 30-tych ubiegłego wieku wobec ekonomii klasycznej.

Na czym więc polegają tytułowe wnyki, w które łapie nas ekonomiczny techno-system? O złapaniu w pułapkę możemy mówić wtedy, gdy dla celów stricte komercyjnych (dla zysku) firmy wykorzystują naszą niewiedzę, nieświadomość i łatwowierność, wciskając nam produkt, który jest dla nas de facto szkodliwy (przy założeniu, że świadomie nie chcemy nabyć szkodliwego produktu – bo nabywając/konsumując np. produkty tytoniowe czy narkotyki trujemy się świadomie). Oto kilka przykładów:

  • Zdecydowana większość reklam namawia do konsumpcji niezdrowych i produktów bazujących na szkodliwym: białym cukrze, białej mące pszennej, ważonej soli, mleku pasteryzowanym, surowcach pochodzących z intensywnej, schemizowanej produkcji rolnej/hodowli – mimo że obrazki w reklamie lub na opakowaniach zawsze sugerują idylliczne obrazki i tradycyjne krajobrazy wiejskie, szczęśliwe zwierzęta i kwieciste łąki. W rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Wystarczy pojechać na konwencjonalną wieś i zobaczyć monotonne, monokulturowe uprawy traktowane chemią i fermy ze zwierzętami w ciasnych boksach, klatkach, trzymane bez światła słonecznego, przestrzeni, kontaktu z przyrodą, żywione mechanicznie paszami GMO z antybiotykami i hormonami;

  • Rolnicy, którzy chcieliby uprawiać/hodować bardziej ekstensywnie i na mniejszą skalę są eliminowani z rynku, faworyzującego duże przedsiębiorstwa agrobiznesowe. System ten jest na tyle perfidny, że przerzucając koszty na środowisko (zanieczyszczenia) i społeczeństwo (choroby) zaniża rynkowe ceny, uniemożliwiając sprzedaż produktów od uczciwych rolników z małych gospodarstw, po rzeczywistych kosztach (i z godziwym zyskiem) i zmuszając ich do sprzedaży poniżej kosztów produkcji lub w ogóle do rezygnacji z gospodarstwa. Prowadzi to do dalszej komasacji produkcji i wzrostu gigantycznych już często przedsiębiorstw agrobiznesowych. Na współczesnym „nowoczesnym” rynku rolnik nie jest więc często suwerenny, a w USA, gdzie ten model rolnictwa dominuje, jest już zwykłym najemnikiem;

  • Ubrania, które nosimy wytwarzane są z intensywnie uprawianej bawełny, często GMO, zawierającej pozostałości pestycydów, a szyte są w fabrykach odzieżowych w krajach trzeciego świata, gdzie pracują często dzieci lub ekonomiczni niewolnicy. Produkty te, pochodzące zazwyczaj z Azji, barwione są często toksycznymi barwnikami (szczególnie ciemne materiały). Wyzwanie: jak wyeliminować wśród młodzieży modę na buty sportowe popularnej, globalnej firmy? Czy dogłębna świadomość tego, że buty te zostały wyprodukowane przez pracujące kilkanaście godzin dziennie za kilkanaście centów dzieci, w nieludzkiej fabryce w Bangladeszu, może ich przekonać do zmiany mody? Wpływ trendów, przyzwyczajeń i utartych wzorców (niestety zazwyczaj tych złych) jest przemożny.

  • Niemal wszystkie syntetyczne leki, w przeciwieństwie do naturalnych (nieodróżnialnych często od żywności), mają skutki ubocze. Dotyczy to powszechnie reklamowanych leków przeciwbólowych, toksycznych (jak pokazują niezależne badania) dla nerek i wątroby;

  • Intensywny i agresywny zapach środków czyszczących, dezodorantów, kosmetyków („ciągnący się” bardzo często za osobami używającymi takich produktów lub unoszący się nad powierzchnią wody basenowej) to najczęściej trujące substancje chemiczne, przedostające się z płuc i przez skórę do krwiobiegu i kumulujące w naszych organizmach (głównie w tkance tłuszczowej). Tymczasem na produktach tych bardzo często sugeruje się, że mają „owocowy”, „naturalny” zapach. Jeśli na produktach tych nie ma widocznych (uznanych) ekoznaków, produkt taki jest zazwyczaj szkodliwy dla nas i środowiska;

  • Uzależnieni nie tyko od substancji chemicznych (cukier, gluten, alkohol, kofeina, nikotyna, słodziki, wzmacniacze smaku i zapachu) obecnych w masowo wytwarzanych produktach konwencjonalnej ekonomii, jesteśmy także uzależnieni od technologicznych gadżetów (cyberuzależnienia i in. psychouzależnienia od przeróżnych technostymulatorów) i łapani w pułapkę rosnącego skażenia elektromagnetycznego naszego środowiska, przed którym nie ma często już gdzie uciec (nadających urządzeń i stacji przekaźnikowych jest coraz więcej i coraz więcej emitują nieobojętnych dla organizmów żywych sygnałów wraz z rosnącym transferem danych). Widocznie za mało jest jeszcze glejaków mózgu i innych chorób, aby ten problem władze zaczęły traktować poważnie (same jednak są uzależnione od pieniędzy korporacji, finansujących deficyt budżetowy państw, obligacje skarbowe i stale rosnący dług publiczny).

Tymczasem wszystkie zasoby (dary) przyrody - w szczególności te najcenniejsze, jak słońce, powietrze, wiatr, owoce lasu, gleba są darmowe (jeszcze). Dają też darmową energię, którą wykorzystuje ekologiczna energetyka (obok recyklingu do główny filr ekonomii ekologicznej/zrównoważonego rozwoju). Przed rozwojem powszechnej prosumpcji (demokracji energetycznej) powstrzymuje oczywiście partykularny interes przemysłowych, konwencjonalnych lobbies (np. gdyby nie obstrukcja technologiczna lobby samochodowo-naftowego we wprowadzaniu ekoinnowacji w transporcie, zapewne wszyscy jeździlibyśmy już od dawna samochodami elektrycznymi/wodorowymi).


Jednym słowem, zamiast ekonomicznego i technicznego rogu obfitości i wyzwolenia z powszechnej biedy, konwencjonalna (liberalna) ekonomia maksymalizacji zysku dla wybranych a kosztów dla pozostałych, zafundowała nam iluzję szczęśliwości, a de facto życiowy koszmar - trujące życie na kredyt przyszłych pokoleń. Na szczęście coraz bardziej demaskowany przez ekologię społeczną, ale i konstruktywnie zmieniany przez eko-ekonomię, której dynamika stale rośnie, dając nadzieję, że kiedyś to się zmieni.


Nie czas tutaj i miejsce, aby wykładać główne założenia i genezę ekonomii ekologicznej/ekonomii zrównoważonego rozwoju, która jest ekonomią sprawiedliwości ekospołecznej, zarówno w lokalnym, regionalnym, krajowym, jak i globalnym wymiarze. Już od 8 lat dostępny jest zresztą przetłumaczony na polski podręcznik w tym zakresie, autorstwa Holgera Rogala Ekonomia zrównoważonego rozwoju. Teoria i praktyka (wyd. pol. Zysk i S-ka, 2010 r.), który polecam wszystkim zainteresowanym tym tematem, a w szczególności niedouczonym ekonomistom konwencjonalnym i liberalnym o wielce zawężonych horyzontach. Dobre wprowadzenie w ekonomię sprawiedliwości społecznej wykonał też Rafał Łętocha w pracy Ekonomia współdziałania. Katolicka nauka społeczna wobec wyzwań globalnego kapitalizmu (wyd. Uniw. Jagiell., 2016 r.). W pracy Łętochy jest b. dużo, często arcyciekawych, cytatów, nie ma więc sensu ich tu powielać. Na koniec zatem parę „cytków” z książki Rogall'a:


Dla wielkich globalnych problemów XXI wieku nie znaleziono dotąd ani wystarczającego wyjaśnienia, ani obiecujących koncepcji rozwiązania. Można już dziś wykazać empirycznie porażkę teorii neoliberalnej, która niestety nie prowadzi do likwidacji głodu, niesprawiedliwego podziału dóbr i ubóstwa, ani nie ma pomysłu na ograniczenie nadmiernej eksploatacji naturalnych podstaw życia. Mimo to tradycyjna ekonomia nadal uczy teorii liberalizmu rynkowego.


Każda epoka historyczna miała własną teorię gospodarczą. Nierzadko owe teorie formułowano tak, aby służąc interesom władz panujących, stwarzały wrażenie, że mają na celu dobro całego społeczeństwa. W tym sensie ekonomiści byli wyrazicielami różnych interesów. W momencie powstania dana teoria mogła sprzyjać rozwojowi społeczeństwa, lecz zabsolutyzowana przez swoich kontynuatorów ostatecznie prowadziła często do nowego „kraju niewoli”. Jako przykłady można podać marksizm, który doprowadził do centralnego planowania w gospodarce „realnego socjalizmu”, lub tzw. czyste gospodarki rynkowe południowo-amerykańskich dyktatur wojskowych (…)


(…) Nie wystarczy już wyśledzić paru „brudasów” i zmusić ich do założenia filtrów, konieczna stanie się natomiast przebudowa całego społeczeństwa przemysłowego (a tym samym produktów i stylów konsumpcji) według kryteriów i reguł zarządzania ekonomii zrównoważonego rozwoju. Pod koniec tego procesu – który może potrwać 40 – 50 lat, a w pełni urzeczywistnić się dopiero u schyłku stulecia – nie będzie już prawie żadnego produktu w obecnym kształcie i składzie.


Ekonomia ekologiczna (ang. ecological economics) zaczęła się rozwijać w latach 80-tych jak odrębna szkoła lub jako jedna z dyscyplin ekonomii. Jest to interdyscyplinarna nauka o wprowadzaniu w życie zrównoważonego rozwoju, przy czym głównym przedmiotem jej zainteresowania są granice tolerancji natury.


Przedstawiciele ekonomii zrównoważonego rozwoju/ekonomii ekologicznej odrzucają czystą gospodarkę rynkową tak samo jak gospodarki centralnie sterowane, ponieważ są przekonani, że przyszłość mają tylko systemy gospodarki rynkowej w zrównoważonych ramach porządkowych. Aby zapewnić zrównoważony rozwój rynku i zminimalizować skutki zawodności rynku, konieczne są też aktywne ingerencje polityki.


Uznawaną przez tradycyjną ekonomię zasadę maksymalizacji (która doprowadziła do kłamstwa, , oszustwa i chciwości w świecie interesów) należy zastąpić zasadą umiaru.


Każdy może wnieść osobisty wkład w zrównoważony rozwój, pracując nad własną strategią wystarczalności (…) Nie oczekuje się rezygnacji z przyjemności, lecz innego sposobu jej uzyskiwania. Chodzi o to, aby część ludzkich potrzeb w ramach dematerializacji gospodarki zaspokajały dobra niematerialne lub naturalne (…).


Na czym zatem polega, tytułowe, ekologiczne wyzwolenie? Pojawi się spontanicznie, po zrzuceniu krępujących ekonomicznych przesądów. Przesądów, a nie po zniesieniu „niewłaściwych stosunków klasowych” jak w klasycznym marksizmie. Kluczowa zmiana musi się bowiem dokonać w naszych umysłach i postawach i przełożyć się na codzienne wybory ekonomiczne – zrównoważony styl (wzorzec) konsumpcji. I moim zdaniem jest to ważniejsza ścieżka, niż działania administracyjno-prawne. Ale o tym „jak odchudzić korporacje?” napisałem we wcześniejszym wpisie.


Jakie będą przejawy i korzyści ekologiczno-ekonomicznego wyzwolenia?


  • OCZYSZCZENIE UMYSŁU z ogłupiającego i zniewalającego szumu reklamowego i uodpornienie na reklamową demagogię;

  • CZYSTE SUMIENIE, że nabywając codzienne produkty nie przyczyniamy się do zatruwania i niszczenia środowiska, ubożenia biednych i bogacenia się bogatych, ale do uzdrowienia środowiska i gospodarki;

  • SATYSFAKCJA, że swoimi pieniędzmi i odpowiedzialnymi wydatkami wspieramy pracę ekologicznych rolników i eko-etycznych przedsiębiorców (np. Fair Trade);

  • POPRAWA ZDROWIA naszego organizmu, który nie będzie ciągle zatruwany toksycznymi produktami globalnego przemysłu spożywczego, produkującego bezwartościową, często sztuczną i szkodliwą (pseudo)żywność;

  • WYZWOLENIE OD ŻĄDZY MAKSYMALIZACJI POSIADANIA (konsumpcjonizmu) na rzecz odmaterializowania, afirmacji życia, kultywowania wartości wewnętrznych i samorealizacji – kultywowanie: wystarczalności i umiarkowania (frugality) oraz rozwoju duchowego;

  • ODCIĄŻENIE GOSPODARKI I SPOŁECZEŃSTWA od ekonomicznych systemów-pasożytów żerujących na zdrowiu przyrody, ludzkiej głupocie, niedoinformowaniu, niewiedzy, biedzie, chorobach, naiwności.

Interdyscyplinarnej, holistycznej ekonomii zrównoważonego rozwoju towarzyszy więc integralnie filozofia i etyka. Pozytywne zmiany w świecie, musimy zacząć od samych siebie.

udost_face_1jpg udost_tweetjpg