Ekologia jest kobietą

Ekologia jest kobietą

To, co wiecznie kobiece, pociąga nas wzwyż.

J. W. von Goethe


Prowadząc przez wiele lat kampanie edukacyjne i szkolenia internetowe z zakresu zrównoważonego rozwoju dla samorządów lokalnych, zastanawiało mnie, dlaczego w niemal każdej edycji takich szkoleń ok. 80% uczestników (sorry: uczestniczek) stanowiły kobiety. Najprawdopodobniej wynikało to z tego, że w urzędach gmin i powiatów pracują w większości panie, podobnie jak i w wielu innych zawodach zdominowanych przez reprezentantów (sorry: reprezentantki) płci pięknej. Takie proporcje dały się jednak również zauważyć w szkoleniach proekologicznych adresowanych do ogółu społeczeństwa. Dostępne statystyki pokazują, że zasada Pareto dominuje także w grupie osób deklarujących dietę wegetariańską, wegańską, nabywających żywność ekologiczną i chroniących prawa zwierząt. Jak jest na studiach kierunków przyrodniczych (biologia, ochrona środowiska, nauki leśne), nie wiem – może ktoś z Was ma dostęp do badań lub może coś o tym powiedzieć?


Według danych raportu IMAS International Żywność ekologiczna w Polsce 2017 kobiety lepiej od mężczyzn rozpoznają euro liść (unijny znak żywności ekologicznej) i częściej są konsument(k)ami ekożywności (co ciekawe, spośród osób sceptycznie nastawionych do ekoproduktów występuje trzykrotnie mniej kobiet, niż mężczyzn). Potwierdza to też wiele innych badań. Według firmy Open Research już 67 proc. badanych kupuje produkty określane jako zdrowa żywność często lub bardzo często. „To kobiety stoją za rewolucją związaną ze zdrową żywnością” (Rzeczpospolita, styczeń 2018).


Pisząc artykuł do Newsweek Slow („Od ego do eko”, nr 2/2018 dostępny w trzecim kwartale 2018 w salonikach prasowych) potwierdziło się, że w podobnym procencie czytelnikami (sorry: czytelniczkami) tego typu magazynów są kobiety, a mężczyźni o tyle, o ile pismo to wetkną im do rąk... Panie. Czy to przypadek, czy też wynika to z tego, że uczyć i rozwijać się w kierunku proekologicznym chcą jeszcze głównie kobiety?


Czy przyszłość należy zatem do kobiet i doczekamy się w końcu upragnionego matriarchatu, który zniesie patriarchalne opresje, znienawidzony przez feministki maskulinizm i wyzierający z antropocentrycznej kultury Zachodu androcentryzm, zastąpi go zbawiennym ginocentryzmem a historię „herstorią”? Odnosząc się do feminizmu, Leszek Kołakowski w swoim eseju Normy-nakazy i normy-twierdzenia napisał: Jeśli ktoś w istocie powiada, że doskonałość nie istnieje, to z grubsza biorąc stwierdza: „jestem równie dobrym malarzem jak Rembrandt, równie dobrym matematykiem jak Gauss, równie dobrym kompozytorem jak Mozart”. A od tego stwierdzenia już prosta droga prowadzi do następującego: „przyznajcie mi więc wszystkie godności należne Rembrandtowi, Gaussowi i Mozartowi, bo dowiodłem, iż jestem równie dobry jak oni”. Z analogicznym pomieszaniem mieliśmy do czynienia w niektórych fanatycznych odłamach ruchu feministycznego, które poszukiwały ugruntowania jednocześnie w dwóch – jak się zdaje – zasadach: „nie ma żadnej, ale to absolutnie żadnej różnicy między mężczyzną i kobietą” i „kobiety stoją nieskończenie wyżej od mężczyzn”. Wewnętrzną sprzeczność i niekonsekwencje feminizmu dobrze oddaje językowa, freudowska, omyłka Pani Joanny S.-W. na słynnej demonstracji „Dość dy-kta-tu-ry kobiet”.


O wiele bardziej przemawia do mnie ekofeminizm, którego główna idea polega na dostrzeganiu symetrii pomiędzy przemocą współczesnej cywilizacji zachodniej dokonywaną na przyrodzie i strukturalną przemocą wielu instytucji zachodnich wobec kobiet, które do emancypacji pozbawione były zasadniczych praw (w tym do edukacji uniwersyteckiej, praw wyborczych, majątkowych, zajmowania stanowisk i wielu innych; do dziś pozbawione są w religiach androteistycznych praw do kapłaństwa). Uznając za Huntingtonem, że istotą cywilizacji jest kultura, a istotą kultury religia, większość dominujących dziś kultur jest strukturalnie wobec kobiet dyskryminująca. I dopiero cywilizacja ekologiczna, do koncepcji której ekofeminizm wniósł swój istotny wkład, stara się tę skostniałą nierównowagę płci i dominację pierwiastka męskiego nad żeńskim, zrównoważyć.


Dla ekofeminizmu kluczowe jest pojęcie kobiecości, które w wielu przypadka na gruncie konwencjonalnego feminizmu staje się karykaturą, wynikającą z chęci naśladowania przejawów „męskości”: chęci dominowania, ostrego (agresywnego) przebijania się przez życie, kontrolowania, manipulacji, imponowania, twardości, interesowności, siły, przemocy, uprzedmiotawiana, itp. Kobiety przejmują te cechy, aby dorównać mężczyznom na ich polu, co jest moim zdaniem nieporozumieniem, bo maskulinizując się tracą swoją kobiecą tożsamość. Do podobnych, opłakanych rezultatów wiedzie wyrzekanie się lub zmiana własnej, naturalnej tożsamości, którą stara się uzasadnić, czy w skrajnych przypadkach forsować ideologia gender i queer. Tymczasem powstając (rodząc się) nie wybieramy sobie płci, która jest nam nadawana przez Naturę „bez pytania nas o zdanie”. Faktem jest, że problemy z tożsamością płciową są często realne i mogą wynikać zarówno z uwarunkowań zarówno biologicznych - zaburzeń genetycznych czy hormonalnych - jak i kulturowych i środowiskowych (wychowanie, wpływ otoczenia, sztuczna żywność). Jest to jednak szerszy problem degeneracji, związany z cywilizacyjnym kryzysem, który dotyczy zarówno struktur biologicznych, jak i społeczno-kulturowych.


W przyrodzie (w niezdegenerowanej Naturze) zachowania homoseksualne i seksualne dewiacje muszą stanowić margines, gdyż inaczej dany gatunek czy populacja by po prostu nie przetrwały. Nasze ciało i płeć nie jest samochodem, który sobie wybieramy wedle upodobania, lecz jego forma jest określona i nadana przez czynniki zewnętrzne, na które zasadniczo nie mamy wpływu, jednak za które powinniśmy wziąć odpowiedzialność i je szanować, a nie kapryśnie zmieniać. Tajemnicą (wielką) jest, dlaczego ja to ja, i dlaczego ta świadomość, którą jestem znajduje się akurat w tym ciele (moim), a nie innym oraz akurat tu i teraz. Musimy to z pokorą uszanować (postawa wynikająca z przyjęcia eko-filozoficznej i schweitzerowskiej wartości rewerencji wobec życia) i potraktować nie jako przypadek, tylko jako istotną wytyczną egzystencyjną (daną od Boga/Natury): powinniśmy być kobietą/mężczyzną skoro się nią/nim urodziliśmy; ale i wziąć odpowiedzialność za kontekst czasoprzestrzenny, który nas ukształtował (cywilizacja, kultura, ojczyzna/matczyzna), w którym się pojawiliśmy i żyjemy.


Czym jest zatem kobiecość i jak łączy się ona z ekologią? Zacznijmy od geometrii. Kobieca geometria, czysto intuicyjnie, kojarzy się z: kulą, kołem, elipsą, łagodnymi okrągłościami, intuicją, harmonią, uczuciem, łagodnością, zaufaniem, otwartością, dialogiem, spójnością, współzależnością, współpracą. Geometria męska jest raczej: ostra, kwadratowa, prostokątna, analityczna, abstrakcyjna, matematyczna, hierarchiczna, z dominacją liczby, pomiaru, konkretu i faktu, definicji i siły. Czy wynika to z cech genetycznych (z płci mózgu, jak chcieliby autorzy słynnej w latach 90-tych książki pod takimże tytułem) czy kulturowo-środowiskowych, nie będziemy tu rozstrzygać. Dość będzie stwierdzić, że praworęczni - a więc używający bardziej lewej półkuli mózgu – są wg. badań bardziej abstrakcyjno-analityczni (faworyzowani przez cywilizację techniczną), niż leworęczni, operujący bardziej prawą półkulą, odpowiedzialną za wyobraźnię, intuicję, kreatywność i uczucia, a więc elementy często kobiece (choć to też może być w wielu przypadkach stereotyp, w moim się akurat sprawdza, gdyż jestem leworęczny, a „czucie i wiara silniej mówi do mnie, niż mędrca szkiełko i oko” :-).


Geometria kolista i falista, naturalna (gdzie bowiem w Naturze znajdziemy linie proste?) przejawia cię dynamicznie w cykliczności (cykl menstruacyjny jest tego biologicznym wyrazem), podczas gdy geometria (ale i ekonomia) męska jest bardziej linearna, nakierowana na jednostronny, tendencyjny i jednowymiarowy postęp w określonym kierunku. Kobiecy, kolisty pierwiastek w gospodarczym wymiarze cywilizacji, widać dobrze w koncepcji gospodarki okrężnej (circular economy), opierającej się na naśladowaniu naturalnego (zamkniętego) obiegu materii i energii w przyrodzie; nie tylko na recyklingu, ale i na pozostałych 2 R: reduce i reuse, w szczególności na projektowaniu produktów pod kątem ułatwienia ich odzysku na etapie poużytkowym.


Kobietą jest okrągła Ziemia (Geo) – Matka (Gaja), rodząca i dająca życie i żywiąca je sobą. We wszystkich chyba językach jest ona rodzaju żeńskiego (choć, a contrario, zapładniające swym światłem Ziemię Słońce, nie we wszystkich językach jest rodzaju męskiego lub nijakiego; za to w większości religii Bóg jest rodzaju męskiego). Jej kluczową cechą jest płodność. Jeśli więc słyszę, że „aborcja jest eko” krew się we mnie burzy. Jest ona (jako taka) grzechem ekologicznym przeciw życiu. Ekologa ma życie podtrzymywać, pomnażać, ubogacać i kochać. Owszem nieograniczony rozrost populacji ludzkiej na ograniczonej przestrzennie planecie nie jest długofalowo możliwy i na pewnym poziomie kwestia dzietności (demografii) przestaje być sprawą prywatną, stając się kwestią społeczną i wręcz cywilizacyjną, wymagającą odpowiedniej polityki (stymulowania lub ograniczania dzietności – mój brzuch, to więc nie tylko „moja sprawa”). Egocentryzm i skrajny indywidualizm nie jest dobrą filozofią, a dla żywotności i przetrwania społeczeństwa i cywilizacji jest finalnie zabójczy.


Czy dzięki realizacji koncepcji zrównoważonego rozwoju (jego filozofii i ekonomii), kobieca ekologia zrównoważy wybitnie męski świat cywilizacji technicznej? Popadnięcie w drugą, „ginocentryczną” skrajność z pewnością nie będzie dobrym rozwiązaniem, jak zresztą każda skrajność i radykalizm. Ekologia potrzebuje filozofii, a „kobieca intuicja” „męskiego racjonalizmu” (nie można jednak powiedzieć, że filozofia jako aktywność intelektualna to „domena mężczyzn”, bo wiemy jak to w historii było i do czasu emancypacji, androcentryzm a często pewnie i zwykły samczy szowinizm, blokował kobietom dostęp do edukacji i aktywności intelektualnej przez wiele stuleci – a jaki los mógł spotkać chlubne wyjątki, niech świadczy przypadek Hypatii z Aleksandrii). Dopiero zrównoważenie i połączenie tych pierwiastków w ożywczej umysłowej syntezie - filozofii ekologicznej - da oczekiwany efekt: równowagi. Ale nie równości płci, bo tej, poza rojeniami paru eurokratów i ideologów, nigdy nie było, nie ma i nie będzie. Natura nie znosi przecież technicznej jednolitości, nijakości, próżni i uniformizacji, ale kocha jedność i różnorodność.

udost_face_1jpg udost_tweetjpg 


parapng