ekOrzechy dla Warzechy

ekOrzechy dla Warzechy

Do najsłabszych punktów polskiej prawicy, będących zarzewiem jej przyszłej klęski politycznej, należy ekologia. Ignorancja ekologiczna prześwituje z wielu wypowiedzi prawicowych dziennikarzy i polityków na tematy powiązane z szeroko pojętą ochroną środowiskowa i zwierząt. O tym, że prawica oddała ekologię i cały ekologizm lewicy walkowerem pisałem we wpisie Zielona filozofia i brak zielonego pojęcia. (Co ciekawe, ten sam zwrot o „oddaniu ekologii walkowerem” pojawił się w artykule S. Sękowskiego pt. "Konserwatywna ekowrażliwość" w "Do Rzeczy" nr 30/2017, przy czym mój wpis był chronologicznie pierwszy, a swój tekst przesłałem wcześniej do tej Redakcji!).


Ale, omen nomen, do rzeczy. Do ponownego podjęcia tematu sprowokował mnie tekst Ł. Warzechy w „Do Rzeczy” nr 7/2018 pt. „Podszyte obłudą”, poświęcony aktualnej kwestii ustawowego zakazu hodowli zwierząt futerkowych, która stała się źródłem podziałów na prawicy i zgrzytów. Sprawa jest poważna, bo dotyczy kluczowych kwestii światopoglądowych i etycznych, sięgających w wymiarze wewnętrznym kluczowych założeń aksjologicznych, a w wymiarze zewnętrznym (politycznym), samego prezesa PIS J. Kaczyńskiego. Redaktor Warzecha doznaje swoistego dysonansu poznawczego, nie mogąc zrozumieć, jak Pan Kaczyński może w kwestii zwierząt mieć zdanie odmienne od prawicowego mainstreamu. Być może w tej kwestii „Naczelnik” widzi jednak dalej i myśli szerzej, niż się ograniczonym w konserwatywno-historyczno-społecznym kociołku humanistom wydaje? A może w tej kwestii zdrowsze spojrzenie prezentują nieco tęższe mózgi, jak np. Roger Scruton w swojej zielonej filozofii lub papież Franciszek w „Laudato si'?

Te i parę innych pytań, to ekologiczne orzechy do zgryzienia, które tu, do ogródka red. Warzechy rzucam:


Orzech 1. Przyczyny i zasadność ekofobii u prawicowców.

Dlaczego konwencjonalna prawica reaguje na kwestie ekologiczne, w tym etyki ekologicznej i etyki ochrony praw zwierząt niemal alergicznie, jak na jakieś ciało obce? Zapewne dlatego, że absolutyzują historię i interpretują wszystko przez pryzmat rzeczywistości społeczno-historycznej i politycznej. Tymczasem aktualna problematyka ekologiczna jest zjawiskiem ściśle współczesnym, a ponieważ w historii problematyka ekologiczna była zasadniczo nieobecna (pomijając badania dot. ekologicznych uwarunkowań narodzin, rozwoju i upadku cywilizacji), prawicowy zapatrzeni generalnie w przeszłość i tradycyjne wartości, nie mają po prostu odpowiednich kategorii poznawczych by te kwestie rzetelnie ująć i pojąć. Zgrzytają one zatem w konwencjonalnym-konserwatywnym światopoglądzie jak piasek w trybach. [Zadziwia jednak nie tylko chęć „kompetentnego” wypowiadania się na tematy ekologiczne, które wielu prawicowcom nie mieszczą się w głowie, ale nawet pazerność na środki europejskie przeznaczone dla nieco bardziej doświadczonych i zasłużonych dla ekologii organizacji, niż Fundacji Niezależne Media - zobacz listę: http://poiis.nfosigw.gov.pl/skorzystaj-z-programu/zobacz-ogloszenia-i-wyniki-naborow-wnioskow/ochrona-przyrody-i-edukacja-ekologiczna/art,8,lista-rankingowa-dzialanie-2-4-5-b-budowanie-potencjalu-i-integracja.html - która chciała zagarnąć lwią część z puli środków przeznaczoną na ekoedukację, eliminując z tego konkursu i pozbawiając tym samym chleba wiele zasłużonych dla polskiej ekologii organizacji (choć w końcu chyba kogoś sumienie ruszyło, skoro umowa FNM z NFOŚiGW została w końcu rozwiązana)].


W prawicowych mediach ze świecą szukać ekocelebrytów (w rodzaju np. A. Cegielskiej brylującej w TVN i wydającej piękne książki, jak np. „Naturalnie”), gdy, przykładowo w TV Republika (11.09.2016, program „Weekend w Republice”) została wyemitowana jednostronna rozmowa z Panią profesor promującą bez żenady GMO! Opadają ręce, a beznadziejność tej sytuacji pogłębia niemal całkowity brak konstruktywnych, proekologicznych treści w telewizji publicznej czy przytoczonej TV Republika, poświęconych np. zrównoważonej i odpowiedzialnej konsumpcji. Ileż bowiem można w kółko słuchać i czytać o tych samych kwestiach politycznych, historycznych, społecznych i gospodarczych przy kompletnym zapomnieniu o życiodajnej sferze ekologiczno-zdrowotnej, które to trzy sfery, zgodnie z koncepcją zrównoważonego rozwoju są współistotne, w życiu zarówno indywidualnym jak i zbiorowym i coraz bardziej interesują Polaków. Brak programów i artykułów tego typu jest prostą pochodną nikłego (by nie rzec żenującego) poziomu świadomości ekologicznej dziennikarzy prezentujących światopogląd konserwatywny.


Ten brak atencji, ekologiczny obskurantyzm lub wręcz awersja do ekologii ze strony wielu dziennikarzy i całych prawicowych środowisk społecznych i politycznych wynika, jak twierdzę, z kwestii filozoficznych i etycznych, a w pewnych przypadkach niestety religijnych (popularne w wielu środowiskach kościelnych jest bowiem wrzucanie do jednego wora: ekologii, New Age, wschodnich sztuk walki, gender, aborcji, eutanazji, homeopatii, walki o prawa zwierząt, astrologii, feminizmu, postmodernizmu, medycyny chińskiej i ajurwedyjskiej, lewactwa, buddyzmu, taoizmu, platonizmu i Bóg wie czego jeszcze, co świadczy tylko o obskurantyzmie intelektualnym tych środowisk i jakimś irracjonalnym strachu przed życiem i jego różnorodnością). Tymczasem społeczeństwo coraz bardziej interesuje się zdrowym, różnorodnym (niezhomogenizowanym), proekologicznym stylem życia, co widać zarówno w księgarniach, gdzie liczba książek poświęconych zależnościom między dietą i zdrowiem przyprawia o zawrót głowy, jak i na ulicach, gdzie coraz więcej ludzi biega (także z wózkami) i ćwiczy na coraz popularniejszych plenerowych siłowniach. Rozwój wegetarianizmu i weganizmu odnotowała nawet „dorzeczna” ekspertka J. Bojańczyk w „Do Rzeczy” nr 9/2018: „Przez ostatnie 10 lat liczba wegan wzrosła o 160 proc. Także w Polsce. Na liście Happy Cow, internetowego serwisu wegańskiego, Warszawa zajęła trzecie miejsce na liście 10 najbardziej prowegańskich miast na świecie, wyprzedzona jedynie przez Berlin i Los Angeles. Mamy 38 wegańskich restauracji!”. Autorka nie postrzega tego jednak jako szansy, tylko jako „Wegeproblem”. Bez komentarza.


Tymczasem gros prawicowych dziennikarzy i polityków, zamiast i w tej sferze świecić przykładem, cierpi na otyłość brzuszną, a sprawą diety, żywienia i zdrowia interesuje się dopiero w stadium zaawansowanej choroby (częsta w tym środowisku jest, jak widać, otyłość brzuszna, której rozrost wydaje się być proporcjonalny do poziomu ekologicznej indolencji). Awersja do zdrowego stylu życia i sportu jest wręcz ostentacyjnie pokazywana przy różnych okazjach, w tym przez gł. bohatera tego artykułu P. Warzechę, powtarzającego od czasu do czasu głupie powiedzonko „sport jest niezdrowy”.


Na prawicy są już jednak na szczęście jaskółki „dobrej zmiany” i w tej kwestii – przykład Sławomira Cenckiewicza, który zmienił dietę (po wpływem lektury „Dieta bez pszenicy") i zaczął uprawiać regularnie sport. W swojej wypowiedzi w TV Republika (23.03.2018) potwierdził jednak, że „wielu jego prawicowych kolegów zaczyna interesować się dietą i sportem dopiero jak się poważnie rozchorują”. Od czasu Hipokratesa wiadomo, że lepiej zapobiegać, niż leczyć, a po pierwsze nie szkodzić (primum non nocere). Ta prawda jednak, jak i wiele innych jest praktycznie obca wielu ludziom prawicy. Nie tylko w wymiarze indywidualnym, ale i politycznym: o profilaktyce zdrowotnej w kontekście reformy służby zdrowia w programie premiera Morawickiego nie ma nic. Tylko o dokładaniu kasy, leczeniu skutków, a w konsekwencji o nabijaniu kabzy transnarodowym korporacjom produkującym leki. I jeśli red. Warzecha mówi o podatności obecnej władzy na lobbing, to w tym przypadku tak być może właśnie jest. Wprowadzając jednak zakazy w produkcji przemysłowej mięsa czy futer z pewnością rząd musi właśnie walczyć z lobbingiem agrobiznesowym. (Jak trudno jest cokolwiek zekologizować i uzyskać wsparcie na proekologiczne inicjatywy w opanowanym przez korporacyjne lobby sektorze i resorcie rolnictwa, przekonałem się, już za czasów „dobrej zmiany”, osobiście, chodząc od ministerialnych drzwi do drzwi z b. posłem G. Janowskim, starając się uzyskać poparcie dla jego inicjatywy Polskiej Jakości Żywności PQF, napotykając na totalny biurokratyczny paraliż, deklaratywność, „dobrą wolę” i niemoc urzędników). Na szczęście, dzięki postępującej ekologizacji świadomości społecznej, rynek żywności ekologicznej rozwija się spontanicznie i coraz bardziej dynamicznie (por. np. Raport z badań “Marketing, promocja oraz, analiza rynku produkcji ekologicznej w Polsce, w tym określenie szans i barier dla rozwoju tego sektora produkcji”, SGGW, 2017).


Coraz powszechniejszy wzrost ekoświadomości to nie tylko moda czy aberracja jakichś „lewaków”, lecz przejaw instynktu samozachowawczego społeczeństwa, do którego coraz bardziej dociera, że ładnie opakowane, konwencjonalne jedzenie to w większości żywieniowe śmieci, a „eko” oznacza smacznie i zdrowo i jest zwyczajnym praktykowaniem życia zgodnie z ekologicznym sumieniem, o którym pisał już dekady temu pionier ekologii życiowej prof. Julian Aleksandrowicz.


Orzech 2. Czy mamy prawo zadawać cierpienia zwierzętom?

Z kwestią ekologiczną – w rozumieniu ekologii społecznej (jakby redaktor nie wiedział co to „ekologia społeczna”, to polecam podręcznik pod tymże tytułem prof. D. Kiełczewskiego, wyd. Ekonomia i Środowisko, 2001, ISBN 83-88771-12-4) - jako ochrony środowiska życia, w tym życia człowieka, powiązana jest więc zarówno kwestia zdrowia, kultury fizycznej jak i rolnictwa, żywności i żywienia. Podejmując kwestię hodowli zwierząt futerkowych, red. Warzecha otwarcie przyznaje, że na rolnictwie się nie zna. W cytowanym artykule opisuje swoją wizytę na 30-to tysięcznej farmie klatkowej hodowli norek. Redaktor oczekiwał wielkiego smrodu, ale ten który poczuł okazał się do zniesienia. Generalnie twierdzi, nic strasznego nie zobaczył i nadal będzie bronił branży futerkowej przed atakiem nawiedzonych, oszołomskich ekologów, jak również przed irracjonalnymi fobiami niektórych prawicowców, w tym samego Prezesa Kaczyńskiego. Otóż, Panie Warzecha, chów klatkowy i przemysłowy zwierząt jest zły i szkodliwy pod każdym względem: humanitarnym, ekologicznym, ekonomicznym, społecznym i każdym innym. Aby Pan zrozumiał dlaczego – bo jak Pan sam przyznał na prawdziwym rolnictwie się Pan nie zna - to polecam lekturę np. prof. M. Górnego Ekofilozofia rolnictwa (1992) czy Sir J. Rose W obronie życia (2014). Kwestia rolnictwa, czyli sposobu podejścia do przyrody i jej zasobów jest na wskroś filozoficzna i etyczna. Dobry – pożądany społecznie, uzasadniony ekonomicznie i dopuszczalny ekologicznie – jest wpisujący się w politykę trwałego i zrównoważonego rozwoju, rozwój małoskalowej, rodzinnej i proekologicznej produkcji rolnej, wyniszczanej właśnie przez przemysłowe, intensywne, korporacyjne rolnictwo (agrobiznes), dewastujące krajobraz i środowisko wsi i rozbijające jej naturalną tkankę społeczną i tradycyjną tożsamość. Takie zrównoważone i naturalne rolnictwo i związane z nim przedsięwzięcia nigdy nie budziły i nie budzą protestów i sprzeciwów mieszkańców i są pożądane przez wszystkich, poza partykularnym lobby przemysłowej i wielkoskalowej produkcji rolnej, trującej środowisko i ludzi. Coraz więcej ludzi zdaje sobie z tego sprawę, dlatego też rynek żywności ekologicznej, lokalnej, sezonowej i małoskalowej, rośnie w tempie kilkunastocyfrowym rocznie, także i w Polsce. Tak naprawdę rolnictwo ekologiczne jest bardzo bliskie konserwatywnemu podejściu do kwestii rozwoju wsi, uznającej jej tradycyjność i naturalność, której właśnie zaprzeczają i którą niszczą przedsięwzięcia produkcji intensywnej i wielkoskalowej, jak farmy przemysłowego tuczu i hodowli. Aby to pojąć trzeba mieć jednak piątą, zieloną klepkę.


M. Ghandi powiedział, że świat ma wystarczające zasoby, aby zaspokoić nasze potrzeby, ale za małe, żeby zaspokoić naszą próżność i chciwość. Czy futra to są towary pierwszej potrzeby? Czy w epoce kryzysu ekologicznego nie należy rezygnować z postaw konsumpcjonistycznych (w tym z konsumpcji ostentacyjnej i snobistycznej) z prostego powodu, że Ziemia ma globalnie skończone zasoby i skończoną pojemność przestrzenną, aby zaspokoić rosnącą liczebność i potrzeby ludzkiej populacji? Przecież prawicowo-konserwatywna ideologia niedostrzegająca tej problematyki prowadzi w prostej linii do katastrofy. Jeśli takie ograniczenia nie zostaną wprowadzone dobrowolnie, poprzez ekologizację świadomości społecznej, będą musiały zostać wprowadzone administracyjnie, czy nam się to podoba czy nie fetyszyzowany nieraz, również przez wielu konserwatystów, liberalizm gospodarczy, weźmie w łeb. Pewne branże gospodarcze są po prostu nieodpowiedzialne i nieetyczne (pornobiznes, handel bronią z reżimami, przemysłowa hodowla zwierząt, przemysł tytoniowy i parę innych) i nie miałbm nic przeciwko ich „administracyjnemu” zakazaniu, ale na to państwo jest za słabe, bo to już globalne potwory.


Pyta Pan w tym artykule „kto decyduje co jest niezbędne a co nie?”. Nie tyle kto, ale co. To tak niedoceniane przez prawicowych dziennikarzy środowisko naturalne, a konkretnie jego pojemność (zdolność absorpcji zanieczyszczeń) i wydolność. O tym decyduje sozologia, a mechanizmem regulacyjnym jest i powinna być etyka środowiskowa, w rozwijaniu której i wielu polskich uczonych ma znaczące zasługi. Powstało już wiele etyk i filozofii ekologicznych, niestety nadal obcych polskim humanistom prawicy, co widać w wielu, szermowanych bez umiaru i mieniących się zupełną niekompetencją, wypowiedziach, także zawodowych filozofów.


W cytowanym artykule Ł. Warzecha zaznaczył, że przeciwników likwidacji farm zwierząt futerkowych wsparł ojciec T. Rydzyk. Standardowym argumentem kleru jest tutaj „zwierząt bronią, a dzieci nienarodzone chcą zabijać?!”. O kwestii tej, w kontekście uwag do tez głoszonych przez prof. T. Guza związanego ze środowiskiem Radia Maryja, wypowiedziałem się już we wpisie na temat zielonej filozofii Scrutona, więc nie będę tego tematu w wymiarze filozoficznym rozwijał. Dość będzie stwierdzić, że Pan Warzecha uważając, iż człowiek ma prawo zadawać cierpienia zwierzętom – bo co do faktu, że zwierzęta w klatkach cierpią chyba nikt nie ma wątpliwości – jest antropocentrystą, lub, jak to się ładnie w języku ekoetycznym mówi – szowinistą gatunkowym. Otóż, zgodnie z etyką ochrony praw zwierząt i etyką środowiskową (w wersji zarówno biocentrycznej, jak i ekocentrycznej) człowiek takiego prawa nie ma. I tak jak ludzi w klatkach trzymać generalnie nie należy, tak i zwierząt. Tu jednak dyskusja musiałaby wejść na wyższy, aksjologiczno-etyczny poziom, a z tego co wiem, filozofem Pan nie jest, choć „zdroworozsądkowość” umiłował Pan chyba do granic absurdu.


Jak zatem można i należy etycznie hodować zwierzęta? Na wolnym wybiegu Panie Warzecha, a nie w hodowlanych obozach koncentracyjnych, jakimi są farmy przemysłowego tuczu, należące często do zglobalizowanego, patologicznego kapitału, wyciskającego zyski kosztem cierpienia zwierząt, ludzi, Matki Ziemi i przyszłych pokoleń. Czy kupując jajka wybiera Pan te z „trójką” czy z „zerówką”. A może i w tej kwestii nie ma Pan zielonego pojęcia?


Odnośnie branży drobiarskiej, której Pan broni, to powiem Panu, że żaden z producentów przemysłowych brojlerów nie weźmie do ust wytwarzanego przez siebie, nafaszerowanego wszelkimi chemikaliami mięsa drobiowego, które nadaje się tylko na sprzedaż biednym lub naiwnym konsumentom. Ponad 90% pasz w konwencjonalnej produkcji drobiu to importowane pasze GMO, które wyniszczyły polskie paszownictwo, z trudem teraz odbudowywane. W przemysłowej hodowli drobiu stosuje się hormony, antybiotyki, dodatki chemiczne i in. leki weterynaryjne, a wytwarzane w ten sposób mięso to generalnie rzecz biorąc trucizna. Za mało jeszcze ludzi choruje od spożywania śmieciowej żywności? Za mały procent PKB wydajemy „na zdrowie”? Za mało ludzi opuściło rodzinne wsie, niszczone przez rolnictwo wielkoskalowe? Jakiego i czyjego interesu Pan broni?


Orzech 3. Czy jest możliwy ekokonserwatyzm na prawicy?

W pierwszym „orzechu” stwierdziłem, że brak wrażliwości na kwestie ekologiczne prawicowców wynika z mocnego zakorzenienia konserwatywnej świadomości w historii, w której problematyka ekologiczna była zasadniczo nieobecna, stąd nie jest ona uznawana za wartość konstytutywną dla człowieka. Wynika to, jak pisałem, z wyjątkowości współczesnych zagrożeń ekologicznych, mających już zakres globalny i będących skutkiem rozwoju cywilizacji technicznej i niespotykanej w historii ludzkości skali ingerenci człowieka w środowisko, jego zanieczyszczenia i rosnącej degradacji (czego miernikiem może być m. in. zanik różnorodności biologicznej, w tym owadów zapylających). Innym czynnikiem obcości wobec nastawień proekologicznych, może być nieobecność i praktyczne lekceważenie problematyki ekologicznej w codzienny nauczaniu kościelnego mainstreamu. Należyta waga ekologicznych zagadnień została właściwie i kompleksowo wyartykułowana dopiero w encyklice Papieża Franciszka „Laudato si'” wydanej w 2015 r. i promującej ciekawą koncepcję ekologii integralnej. Epistemiczną przyczyną rozbratu konserwatywnych dziennikarzy z ekologią może być też dualizm, by nie rzec schizma nauk humanistyczno-społecznych i nauk przyrodniczych. Zazwyczaj większymi ignorantami w kwestiach ekologicznych są humaniści, niż przyrodnicy w kwestiach humanistycznych, a interdyscyplinarne, konsyliacyjne i integrujące koncepcje i filozofie (jak np. eko-filozofia) nadal mają b. ograniczoną siłę przebicia w szerszej świadomości społecznej.


Przyczyny mogą mieć też charakter indywidualny, wynikający z braku odpowiednich lektur (w tym np. kształtujących wrażliwość na przyrodę i życie zwierząt czytanych w dzieciństwie), braku kontaktu ze zwierzętami w domu, jak i jednostronnego, jednowymiarowego zainteresowania określoną dziedziną humanistyczną (historią, polityką, kulturą, problemami społecznymi przy praktycznie zerowym zainteresowaniu światem przyrody). Choć zainteresowanie nauką o cywilizacji lub też szersze spojrzenie na życie człowieka wymaga już uwzględnienia kwestii ekologicznych i wrażliwość na te tematy u tych badaczy jest zazwyczaj większe (tj. umożliwiające rzeczową, a nie pozorną i ignorancką rozmowę na tematy ekologiczno-cywilizacyjne).


Tak jak bezzasadne jest afirmowanie aborcji na gruncie ekologizmu (ekologia to przecież obrona różnorodności i całości życia, w tym życia człowieka), co ma miejsce w przypadku wielu lewicowców, tak bezzasadne jest utożsamianie źródeł wrażliwości ekologicznej ze źródłami kryzysu cywilizacji chrześcijańskiej (łacińskiej), co czyni np. P. Lisicki w książce Dżihad i samozagłada Zachodu, upatrując ich w filozofii P. Theilharda de Chardin. To ujęcie wdaje mi się najgłębszym źródłem nieporozumienia, ale i pożądaną płaszczyzną dyskusji. Gdyby więc Pan Warzecha przeczytał jakąś klasykę w tym temacie, np. Planeta nie tylko ludzi (PIW, 1997) Konrada Waloszczyka – zresztą tłumacza dzieł Teilharda na polski – wtedy dyskusja mogłaby być bardziej merytoryczna, a jego poglądy na tematy ekologiczne być może bardziej „dorzeczne”.


U mnie godzenie świadomości i postawy proekologicznej z postawą konserwatywną było czymś naturalnym, tak jak naturalnym jest związek i małżeństwo przeciwnych płci. Mój ojciec był zaangażowanym w podziemny ruch antykomunistą (Grupy Oporu „Solidarni”), karateką walczącym z zomowcami, a matka działaczką Polskiego Klubu Ekologicznego. Konserwatyzm to ochrona naszego dziedzictwa, tradycji, wartości przeszłości. Ekologia to ochrona naturalnego środowiska. Te dwie ochrony nie są w istocie ze sobą sprzeczne, tylko komplementarne, ale żeby to dostrzec, trzeba „trochę” szerszego spojrzenia. Żywność ekologiczna, to nie jakaś przejściowa moda czy elitarna aberracja, ale normalna „zdrowa” żywność, wytwarzana w sposób naturalny, z jaką ludzkość miała do czynienia przez dziesiątki tysięcy lat. Dopiero od czasu uprzemysłowienia i chemizacji rolnictwa, jakość biologiczna żywości (w tym gleb i środowiska) stale się pogarsza, stając się coraz większą trucizną, choć powinna być lekiem. Walka o ekologiczną żywność jest więc walką o normalność (naturalność). Znam wielu prawicowców, którzy poszukują ekologicznej żywności i nie wezmą już do ust jajka czy kurczaka z hodowli fermowej, za czym Pan optuje. Ta strona jest przegrana w wyścigu o przyszłość.


Czy zatem, gdyby prawicowy dziennikarz czytał lektury nie tylko stricte społeczne czy historyczne i polityczne, ale i przyrodniczo-ekologiczne i oglądał więcej filmów tego typu oraz miał częstszy i kontakt z przyrodą i rzeczowymi przyrodnikami i ekologami i sam miał „nieklatkowe” zwierzęta, to jego zapatrywania i światopogląd w kwestii ochrony środowiska mógłby być bardziej „do rzeczy”?


Orzech 4. Ekologia na co dzień.

Zgadzam się z redaktorem Warzechą, tak jak i z sąsiednim w cytowanym numerze „Do Rzeczy” artykułem red. P. Goćka pt. „Kronika zapowiedzianej klęski” w kwestii krytyki pewnych poczynań obecnej władzy, której zaimpregnowanie na wszelkie ożywcze kulturowo i ideowo inicjatywy poraża. Sam się o tym przekonałem starając się o wsparcie ministra kultury na napisanie i wydanie książki – ostatniej rozmowy z prof. H. Skolimowskim. W latach 90-tych P. Gliński był b. przychylny polskim zielonym, w szczególności ekologii głębokiej – zob. P. Gliński, Polscy Zieloni. Ruch społeczny w okresie przemian, 1996). Elektromobilność w wersji M. Morawieckiego, to faktycznie promowanie pojazdów „na węgiel”, a więc z ekologią mających niewiele wspólnego. Pomysł lokalnych stacji ładowania akumulatorów należy uznać za poroniony, a o rozwiązaniu polegającym na wymianie baterii w pojazdach elektrycznych na stacjach nie chcą słyszeć. Przyszłościowym paliwem w transporcie jest niewątpliwie wodór, więc wypadałoby iść w tym kierunku, ale nie ekonomia tu decyduje, tylko polityczna decyzja wspierania za wszelką cenę sektora węglowego. Dobrym rozwiązaniem jest komunikacja publiczna w Szwecji, gdzie gros autobusów jeździ na biogaz, powstający z fermentacji odpadów organicznych zbieranych od mieszkańców. Czy jednak red. Warzecha segreguje odpady i dałby się nakłonić do, nieliberalnej przecież, zasady segregacji odpadów biodegradowalnych (bioodpadów) u źródła, gdyby taki system administracyjnie wreszcie w Polsce wprowadzono?

P.s.

W numerze Do Rzeczy 15/2018 w dziale „Promocja” ukazał się manifest producentów drobiu i trzody pt. „Kompromis w sprawie hodowli drobiu i trzody chlewnej jest możliwy”. Nawet jeśli artykuł był sponsorowany, to Redakcja afirmuje jego treść, jednoznacznie manifestując swój pogląd i moralny wybór, opowiadając się po stronie reprezentantów przemysłowych męczarni dla zwierząt. Czy w sferze etyki, w tym etyki praw zwierząt możliwy jest kompromis? Raczej nie. A co jest możliwe? Spojrzenie przez właścicieli farm przemysłowego tuczu i hodowli w lustro, wzięcie młotka i walnięcie się nim mocno w łeb. Następnie wypuszczenie zwierząt na wolność. I zajęcie się hodowlą ekologiczną. Czy to tak dużo, aby świat uczynić lepszym i zmniejszyć w nim niepotrzebne cierpienia czujących istot?


udost_gpluspng      udost_face_1jpg      udost_tweetjpg