Jak odchudzić korporacje?

Recepta jest prosta: wystarczy, żebyśmy wszyscy zaczęli kupować produkty lokalne i ekologiczne i przestali kupować produkty korporacyjne. Za rok, dwa, obudzilibyśmy się w zupełnie innym ekonomicznie krajobrazie. Nec Hercules contra plures.

Taka zmiana byłaby analogiczna jak zmiana polityczna w wyniku wyborów. O ile jednak wyborów politycznych dokonujemy raz na 4 lub 5 lat, o tyle wyborów ekonomicznych dokonujemy codziennie w sklepie. Kupując produkt ten a nie tamten, taki a nie inny, głosujemy na danego producenta, wspierając biznes jaki za tym produktem stoi. Wypadkowa tych wyborów, a więc dominujące w społeczeństwie potrzeby, pragnienia, postawy, preferencje i wartości konsumenckie kształtują ekonomicznie świat.


Za większością produktów korporacyjnych – wytworów wielkich koncernów, zazwyczaj ponadnarodowych i globalnych – stoją potężne biznesy, zyski wąskiej elitarnej kasty, bazujące na eksploatacji pracowników, społeczności, społeczeństwa, zasobów naturalnych i degradacji środowiska, zazwyczaj w krajach tzw. trzeciego świata. Większość ludzi, gdyby miała tego jasną świadomość, w tym tego, w jakich warunkach produkowana jest i co zawiera przemysłowa żywność, którą codziennie nabywają i spożywają, niczym po wizycie w rzeźni, zmieniłaby swoje konsumenckie preferencje i przestała codziennie głosować na te korpo-monstra. 


Klucz do takiej przemiany jest więc w ludzkiej świadomości i woli. Obecne i powszechne, tzw. konwencjonalne wzorce konsumpcji, bazują na niewiedzy, naiwności, biedzie, ale i często na głupocie konsumentów. To właśnie: niewiedza, naiwność, bieda i głupota są prawdziwym zasobem, który eksploatują korporacje i których zanik – poprzez informowanie, efektywną edukację konsumentów – mógłby tę feudalną eksploatację ukrócić. Proste? W teorii tak, ktoś powie, ale analogiczny problem jest na płaszczyźnie etycznej: przecież gdyby wszyscy ludzie postępowali dobrze, nie byłoby zła na świcie – wystarczy „być przyzwoitym”...

Konsumpcja jest jednak ze swej natury prostsza, niż etyka i moralność i zmiany na tym polu mogą być, wydaje mi się, łatwiejsze do powszechnego wprowadzenia, tym bardziej, że konsumentów wspierają coraz ciekawsze systemy wzajemnego informowania i komunikowania się – rozwiązania smart. A odpowiednie doinformowanie konsumentów ma tu znaczenie kluczowe.


Żyjemy w korpo-kracji. Spośród „alternatywnych” dla demokracji określeń - jak mediokracja, plutokracja, bankokracja, technokracja, partiokracja - korpo-kracja wydaje mi się najbardziej adekwatny. Zresztą media – jako czwarta (a być może pierwsza) władza, to też w większości korporacje, równie potężne i wpływowe jak: spożywcze, farmaceutyczne, finansowe, paliwowe, energetyczne, o zawodowych czy urzędniczych biurokracjach nie wspominając. Tym bardziej, że potrzebę walki z korporacjami, niczym z nowoczesnym feudalizmem, popierają w gruncie rzeczy i środowiska lewicowe i prawicowe. Jest więc wspólny front!


Nowotworowy przerost gospodarczy korporacyjnego, liberalnego biznesu, poza wąską elitą, uderza w interesy nas wszystkich: interes społeczny, ekologiczny, narodowy, etniczny, cywilizacyjny, klimatyczny. Skąd to się wzięło? Czy może istnieć inna ekonomia? Świadomie napisałem „ekonomia”, a nie „gospodarka”, bo coraz więcej wskazuje na to, że to co nazywamy ekonomią wykładaną powszechnie na uczelniach, to zideologizowany wytwór liberalnego, indywidualistycznego materializmu, a więc konstrukt pewnej filozofii i wątpliwej aksjologii (homo oeconomicus). Powstał on dla usprawiedliwienia egoistycznych i partykularnych zysków wąskiej części społeczeństwa, kosztem całości – złożony system uspołeczniania kosztów i prywatyzacji zysków, nie liczący się z tzw. kosztami zewnętrznymi swojej działalności: kosztami społecznymi, w tym zdrowotnymi i kosztami degradacji środowiska i zaniku bioróżnorodności. Odzwierciedla to dobrze chory system pomiaru wzrostu gospodarczego: PKB. Im więcej wydajemy na leki i bardziej degradujemy środowisko (np. im więcej chemii zużywane jest w rolnictwie), tym wyższe obroty gospodarcze i wyższe PKB - PKBożek współczesnego świata, tak czczony przez konwencjonalnych ekonomistów i polityków. Drugi bożek to wydajność i innowacyjność. Działają już burdele obsługiwane przez sex-roboty. To ma być szczyt innowacyjności? Raczej ekonomiczny przypadek kliniczny - technicyzacji i komercjalizacji wszystkiego co się da. 


Na wykładanie genezy i struktury tego chorego, niewolniczego (neofeudalnego) systemu nie czas tutaj i miejsce. Zrobił to zresztą w niezwykle ciekawej i interdyscyplinarnej pracy Rafał Łętocha, którą warto przeczytać, kogo te tematy interesują:

Rafał Łętocha. Ekonomia współdziałania. Katolicka nauka społeczna wobec wyzwań globalnego kapitalizmu. Wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kraków 2016.


Krytyka kapitalizmu w tej książce nie odbywa się z pozycji lewicowych czy socjaldemokratycznych, lecz katolickiej nauki społecznej kościoła, a więc konserwatywnych. To kolejny dowód na to, że ekonomia społeczna i ekologiczna, zrównoważony rozwój, który to kierunek można z tej pracy zrekonstruować, jest właśnie trzecią drogą, którą po doświadczeniach destruktywnego socjalizmu i kapitalizmu warto pójść. Wszelkie zmiany w świecie należy jednak rozpoczynać od samego siebie. Zacznijmy do swoich codziennych wyborów konsumenckich. Zwiększajmy udział produktów lokalnych, sezonowych i ekologicznych w swojej diecie. Kupujmy produkty biodegradowalne. Pewnego dnia świat się zmieni. Na lepsze.


dyskusjajpg
Źródło grafiki: https://pixabay.com/pl/

udost_face_1jpg