Kosmos w ziarenku piasku – czyli coś z niczego, superstruny, teoria wszystkiego i poznawcza pycha

Kosmos w ziarenku piasku – czyli coś z niczego, superstruny, teoria wszystkiego i poznawcza pycha


Ludzie od zawsze pragnęli zrozumieć pochodzenie Wszechświata. Nie ma chyba innego pytania, które przekraczałoby wszelkie kulturowe i czasowe bariery, w takim samym stopniu inspirując zarówno wyobraźnię naszych starożytnych przodków, jak i badania współczesnych kosmologów.
B. Greene

Unifikacja za pomocą teorii strun wymaga, abyśmy po raz kolejny odeszli od konwencjonalnego myślenia.
B. Greene

Nie ma różnych cząstek elementarnych. Istnieją tylko odmienne „dźwięki” podstawowej struny. Wszechświat składający się z olbrzymiej liczby drgających strun przypomina kosmiczną symfonię.
B. Greene

Wszechświat nie jest tak czysty, prosty i uporządkowany jak teorie, którymi mamy nadzieję go opisać
L. Randall

Prowadząc badania, przekonałam się do jednej rzeczy: bardzo często wszechświat wykazuje się większą wyobraźnią, niż my.
L. Randall

W samym centrum mechaniki kwantowej tkwi reguła, której czasem poddają się politycy i prezesi wielkich korporacji – dopóki nikt nie patrzy, dopóty wszystko chodzi.
L. M. Krauss

Odpowiedź na pradawne pytanie „dlaczego raczej jest coś, niż nic?” powinna brzmieć, że „nic” jest niestabilne.
M. Krauss

Jeśli w zamkniętym wszechświecie popatrzysz dostatecznie daleko, to zobaczysz własną potylicę.
M. Krauss

Wiemy obecnie, że cała materia składa się z fal prawdopodobieństwa, a pewność świata klasycznego zniknęła.
J. Taylor

Bez wątpienia istnieje ktoś, kto być może w tej właśnie chwili poszukuje życia takiego jak nasze.
J. Taylor


Wszystkim zainteresowanych poznaniem cudów współczesnej fizyki i kosmologii – naukowego podejścia do poznania Natury – polecam książkę Brian'a Greene'a pt. Piękno Wszechświata. Superstruny, ukryte wymiary i poszukiwanie teorii ostatecznej, wydanej u nas ponownie w 2018 r. Choć istnieje bardzo dużo ciekawych książek o tej tematyce, ta urzeka doskonale napisanym językiem, co jest zapewne również zasługą tłumaczy. Polecam ją szczególnie humanistom, którzy skoncentrowani bez reszty na sprawach ludzkich, zapominają bez reszty o pięknie i magii Kosmosu i Natury.  Poniżej przedstawię pewne wątki tej książki w polemicznym odniesieniu do innej rozprawki z tej dziedziny autorstwa L. M. Krauss'a pt. Wszechświat z niczego. Dlaczego istnieje raczej coś niż nic, 2014 i paru innych prac i autorów z tej dziedziny.


Od empirii do granic wyobraźni

Na poziomie skali Plancka, która wynosi 10–33 cm (to jeden podzielone przez 1 z 33 zerami), kosmologia pokrywa się z poziomem kwantowym, tworząc tzw. kosmologię kwantową. Stan ten, w naturalnej postaci, istniał w okresie 10–44 sekundy po Wielkim Wybuchu (Big Bang), który zapoczątkował nasz Wszechświat. Wtedy - jak tłumaczy nam współczesna kosmologia - Kosmos był nieskończenie mniejszy od ziarenka piasku (to tzw. pierwotna osobliwość). Aby eksperymentalnie dotrzeć do tego poziomu (czasu lub odległości, gdyż w tej skali czas jest tożsamy z przestrzenią), potrzebne byłyby energie ponad tysiąca TeV (teraelektronovoltów) a dzisiejsze akceleratory cząstek osiągają jedynie poziom ok 14 TeV. Aby więc móc „zbadać” świat na poziomie Plancka, potrzebny byłby akcelerator wielkości całej galaktyki, o ile nie znacznego obszaru całego kosmosu... Wtedy jednak znacznie wzrosłoby prawdopodobieństwo wyhodowania w takim laboratorium czarnej dziury, która zassałaby grawitacyjnie nasz świat. Powoduje to, że teorie tego poziomu złożoności materii skazane są na czystą teorię i nieprawdopodobnie abstrakcyjną matematykę, a brak możliwości empirycznej (doświadczalnej) weryfikacji lub falsyfikacji takiej teorii, zwiększa jej podatność na różne, metafizyczne wręcz, spekulacje. Czy zatem nauka dotarła do granic swojego poznania? Z pewnością dotarła już do granic stosowalności swojej naukowej metody – w sensie empiryzmu jako weryfikowalności doświadczalnej swoich hipotez i teorii. 

Innym elementem wskazującym na wyczerpanie się pozytywistycznego paradygmatu nauki (o czym Skolimowski pisał już w latach 70-tych w książce Zmierzch światopoglądu naukowego) jest gigantyczny przyrost wiedzy szczegółowej, którego już nawet bardzo rozbudowane zespoły badawcze nie są w stanie rzetelnie opanować. Mózg człowieka i jego zdolności przetwarzania informacji, poznawania i rozumienia, nie rosną bowiem w analogicznym tempie. Aby zachować zrozumienie świata – a to jest wartość do której wszyscy naukowcy dążą i można ją wyczytać między wierszami milionów zapisanych stron popularnonaukowych książek – nie ma innej drogi, niż holizm. Ale o koncepcji umysłu partycypującego sformułowanej w książce The Participatory Mind: A New Theory of Knowledge and of the Universe, 1995 – opus magnum Skolimowskiego (nie przetłumaczone na polski) - będzie w innym wpisie.

Fizyka – naczelna nauka przyrodnicza – odseparowując się, wraz z nastaniem czasów nowożytnych, od metafizyki i filozofii (choć Newton uznawał się jeszcze za filozofa, a swoją mechanikę za część filozofii), zatoczyła swoiste koło, podejmując znowu wiele metafizycznych wątków (choć zawsze one muszą mieć interpretację matematyczną nadającą im spójność i realność). Przykładem tego może być teoria wielu światów. Greene kończy swoją 550-cio stronicową książkę tak: Wszechświat to być może tylko jedna z niezliczonych spienionych baniek na powierzchni olbrzymiego wzburzonego kosmicznego oceanu zwanego Multiwszechświatem. Koncepcje te znajdują się obecnie na granicy spekulacji, ale mogą zwiastować wielki postęp w odkrywaniu tajemnic Wszechświata. Jeden z autorów koncepcji Multiwszechświata Lee Smolin sugeruje, że kosmosy mają swoje generacje tak, jak organizmy żywe ewoluują, z tym że ewolucja ta dotyczy również samych praw fizycznych, które w poszczególnych wszechświatach mogą być inne. W teorii tej mówi się o „wszechświatach macierzystych” i „zdolności rozrodczej kosmosu”. To, co ma łączyć owe wszechświaty (których może być więcej niż ziarenek piasku na Ziemi) w organiczną całość, to czarne dziury, a siłą napędzającą tę ewolucję różnych kosmosów jej generowanie coraz większej ich ilości. I jak zweryfikować takie teorie, uzasadnione przecież matematycznie? Przejście między fizyką teoretyczną a science fiction stało się bardzo płynne.


Fizyka współczesna daleko więc wykroczyła poza obszar eksperymantalny, stając się w dużej mierze czystą teorią generowaną z umysłu, dokładnie tak jak matematyka. Czy to porażka fizyki (materii) i zwycięstwo umysłu (ducha)? Podstawą fizyki jest matematyka, a prawa przyrody rekonstruowane przez umysł też opierają się na matematyce. Czy zatem podstawą przyrody jest umysł? Umysł to mały kosmos, a kosmos to wielki umysł, mawiał Skolimowski. Panpsychiczny kierunek eko-filozofii rozwinął David Skrbina w swojej książce Panpsychism in the West, MIT 2017.


Wielość wiedzy i jedność zrozumienia

Wielość i złożoność wiedzy generowanej przez współczesną fizykę i kosmologię domaga się jej porządkowania za pomocą ogólnych zasad. Potrzeba holizmu (prymatu całości nad częścią) staje się więc praktycznym wymogiem współczesnej aktywności poznawczej, warunkującej jakiekolwiek rzetelne zrozumienie czegokolwiek. Na tle koszmarnego ogromu wiedzy, narosłej w niemal już każdej dziedzinie, pięknie brzmi powiedzenie Pascala: lepiej wiedzieć coś o wszystkim, niż wszystko o czymś. Złożoność aparatu teoretycznego teorii fizycznej (w tym jej matematyki) wymaga, aby zgeneralizować ją w formie jakiejś uniwersalnej zasady eksplanacyjnej. Takich zasad, wynikających z różnych teorii fizycznych, już trochę powstało – zasada względności, równoważności, symetrii. Z holistycznego punktu widzenia szczególnie interesująca jest zasada holograficzna i antropiczna. Dążenie do takiej zasady świadczy o tym, że dostatecznie głębokie zrozumienie musi mieć charakter ogólny i całościowy – syntetyczny, a nie analityczny. Nie znaczy to oczywiście, że zasady te są ogólnikowe i proste. Trudność w jej sformułowaniu i pojęciu może być analogiczna, jak próba zrozumienia (wyobrażenia sobie) cztero-, pięcio-, czy 10-cio wymiarowej sfery lub (hiper)sześcianu. Jednowymiarowa sfera to okrąg, dwuwymiarowa to koło, trójwymiarowa to kula, ale już hipersferę pojąć może tylko wybitny geometrycznie umysł. Według Greene'a pełne zrozumienie zasady holograficznej i jej roli w teorii strun doprowadzi do kolejnej rewolucji superstrunowej – teorii fizycznej ogarniającej coraz większą całość.


Zasada wyjaśniająca świat – zasadniczo tożsama ze starożytną ARCHE, którą dla jońskich filozofów przyrody były: ogień (Heraklit), powietrze (Anaksymenes), umysł (Anaksagoras), woda (Tales), liczba (Pitagoras), atomy (Demokryt), a dla Platona idee – choć sama w sobie prosta i dająca się ująć w jednym pojęciu (które to pojęcie oczywiście nie każdy umysł pojmie), wynika z odpowiednio złożonej teorii taką zasadę uzasadniającej. Jak przyznaje Greene: Nie ma, oczywiście, gwarancji, że światem rządzi taka fundamentalna zasada, ale ewolucja fizyki w ciągu ostatnich stu lat uzasadnia silną wiarę teoretyków strun w jej istnienie. Taką naczelną zasadą ontologiczną, którą zakłada również kosmologia eko-filozoficzna jest monizm, czyli uznanie, że istnieje jedna substancja rzeczywistości (a nie dwie, jak postuluje dualizm materii, lub więcej). Jedność fizykalną (naturalną) rzeczywistości postuluje też Greene: Sprzeczność między ogólną teorią względności a mechaniką kwantową istniejąca przed powstaniem teorii strun pozostawała wbrew intuicyjnemu przeświadczeniu, że prawa natury powinny tworzyć jednolitą całość. Jeśli wielość i różnorodność świata zilustrować optycznie wielością kolorów, która nas otacza, jednością spajającą tę wielość będzie światło białe, które jest jednością wszystkich barw - możliwych długości fal światła - w tym podstawowych CMYK lub RGB, z których połączeń można wytworzyć wszelkie inne kolory. Nasz świat skazany jest na wielość, różnorodność i dynamikę przeciwieństw, ale w żaden sposób nie neguje to jego metafizycznej jedności (monizmu), którą odkrywa (rekonstruuje) nie tylko rzetelna metafizyka i filozoficzna kosmologia, ale i w coraz większym stopniu (nowa) fizyka. 

Monistyczną ideę (będącą swoistą ideą idei, gdyż idee generalnie, jako pojęcia ogólne, unifikują i jednoczą) Skolimowski wyrył na jednej ze swoich rzeźb: All is One. Aby tę ideę właściwie pojąć należy bardzo dużo przemyśleć i zrozumieć. Dopiero wtedy stanie się ona w pełni zasadą wyjaśniającą świat. W końcu „Himalaje” dla kogoś kto w nich nigdy tam nie był, znaczą coś zupełnie innego, niż dla kogoś kto zdobył Mount Everest. Gdzie jest jednak ta pierwotna, „archaiczna” jedność, skoro wokół jest wielość, różnorodność, a czasem i chaos? Holizm jest istotnym warunkiem jej odkrycia, a stanowi ją emanacja pierwotnej jedności, jaką był Kosmos u swoich początków, skurczony pierwotnie do punktu miliardy razy mniejszego, niż ziarenko piasku. Prawdopodobnie do tej jedności Kosmos kiedyś powróci. Zależy to od wartości tzw. stałej kosmologicznej, tj. tego czy Wszechświat będzie się wiecznie rozszerzał, czy też kiedyś zacznie się kurczyć. Do rozważań tego typu, opartych na odkryciach fizyki ostatnich lat zaprasza nas Greene, a jego omawiana tutaj książka stanowi do tego świetne wprowadzenie. 


Warto zauważyć jeszcze na wstępie zauważyć, że owa ogólna, wyjaśniająca zasada nie ma charakteru matematycznego, lecz intuicyjnie holistyczny i metafizyczny. Osoby nie znające (lub nie lubiące) matematyki nie są więc z założenia wykluczone z możliwości zrozumienia Natury (gr. phisis). Fizyk Ernst Rutherford powiedział kiedyś, że jeśli nie potrafimy wyjaśnić wyniku w prosty sposób, bez odwoływania się do matematyki, to tak naprawdę go nie rozumiemy. Zdaniem Green'a wyrażając taką opinię, miał on na myśli nie to, że otrzymaliśmy błędny wynik, ale raczej to, iż nie rozumiemy w pełni jego pochodzenia, znaczenia i wypływających z niego wniosków. Formalizm matematyczny i jego znajomość nie jest więc koniecznym warunkiem rzeczywistego poznania czegoś, w tym poznania rzeczywistości fizycznej, lecz jedynie pewnym językiem, który mogę znać lub nie. Rzeczywiste zrozumienie powinno być jednak wyrażone w bardziej uniwersalnym języku, zrozumiałym dla przeciętnego człowieka.


Unifikacja świata i wielość drgań

Jak się ma jednak owa metafizyczna jedność do wielości wszystkiego i podstawowego marzenia współczesnej fizyki, jakim jest stworzenie teorii wielkiej unifikacji GUT (Grand Unification Theory) – Teorii Wszystkiego (TW)? Współcześnie kandydatką na taką teorię jest teoria strun. Choć złożoność i matematyczne skomplikowanie tej teorii jest ogromne, a zrozumienie wszystkich jej konsekwencji tej teorii może zająć jeszcze wiele lat, teoretycy strun uznają ją za najpełniej wyjaśniającą fizyczną rzeczywistość, zarówno na poziomie mikro (subatomowym), jak i na poziomie kosmologicznym. Teoria ta bowiem łączy w sobie mechanikę kwantową i ogólną teorię względności, w tym grawitację. W tym celu zakłada też 11-wymiarowy świat (z jednym wymiarem czasowym i 10-cioma przestrzennymi), z których 7 wymiarów jest skurczonych (nierozwiniętych) do rozmiaru Plancka w postaci tzw. kształtów Calabiego-Yau, a 3 tworzą znaną nam rzeczywistość trójwymiarową (z wymiarem czasowym – czterowymiarową czasoprzestrzeń). Rewolucyjność tej teorii polega na tym, że rezygnuje ona z pojęcia cząstki punktowej, która była (a w tzw. Modelu Standardowym jest nadal) podstawą fizyki cząstek elementarnych właśnie. W miejsce cząstki postuluje ona istnienie małych strun – rozciągłych jednowymiarowych obiektów, o wielkości Plancka (10–33 cm), których różne wzory drgań odpowiadają za poszczególne rodzaje materii – w modelu Standardowym interpretowane jaką cząstki. To właśnie rozciągłość struny, wg. Greene'a odgrywa istotną rolę w rozwiązaniu sprzeczności między mechaniką kwantową a ogólną teorią względności Einsteina.


Estetyczny, by nie rzec poetyki „wymiar” teorii strun jest uderzający – ujmuje ona Wszechświat jako wielki ocean muzyki generowanej przez wibrujące mikrostruny, które są też podstawowymi „nitkami” przestrzeni i czasu. Jak pisze Greene, to właśnie zauważenie gwałtownych zafalowań kwantowych w mikroskopowej strukturze przestrzeni było asumptem do powstania teorii strun, do której matematyczny aparat (geometrię hiperprzestrzeni) stworzył wcześniej T. Kaluza i O. Klein. (podobnie jak Einstein wykorzystał w swej ogólnej teorii względności geometrię Riemanna). W miarę rozwoju teorii strun okało się jednak, że to już niekoniecznie struny są podstawowym tworzywem rzeczywistości, lecz brany, które mogą być dwu-, trzy- i wielo-, ale i zero- wymiarowe. Fizyk Paul Townsend ukuł nawet pojęcie „demokracji bran”, aby nie faworyzować żadnej z nich. W końcu każda n-brana zawiera brany niższo-wymiarowe (tak jak trójwymiarowy sześcian zawiera dwuwymiarowe prostokąty, jednowymiarowe krawędzie i zerowymiarowe wierzchołki i z nich się składa) lub jest częścią brany wyższo-wymiarowej.


O tym, że żyjemy na branie, będącej granicą wyższego wymiaru/wyższych wymiarów, które mają bezpośredni wpływ na naszą rzeczywistość przekonuje nas w pasjonującej książce Lisa Randall pt. Ukryte wymiary wszechświata, 2012 (liczy niemal 600 stron). Randall pisze: Jeśli teoria strun poprawnie opisuje nasz świat, fizycy nie mają wyboru: muszą dopuścić możliwość istnienia takich bran (…) mogą one odgrywać istotną rolę w ustalaniu własności fizycznych naszego Wszechświata i stanowić ostateczne wyjaśnienie obserwowanych zjawisk. Brany Randall rozumie jako przekroje przestrzeni wielowymiarowych: brany są powierzchniami o mniejszej liczbie wymiarów mogącymi więzić siły i cząstki, ponadto mogą one być granicami wielowymiarowych przestrzeni. Wszechświat branowy, to wszechświat holistyczny, w którym trójwymiarowe obiekty są jedynie branami obiektów cztero-, pięcio- i więcej wymiarowych i w którym porządek i własności niższych wymiarów wyznaczane są przez wymiary wyższe. Człowiek, jako istota trójwymiarowa jest w danym momencie przekrojem samego siebie – istoty czterowymiarowej. Tak jak punkty tworzą linię, a te płaszczyznę, tak dodawszy do siebie wszystkie przekroje czasowe otrzymamy nasze czterowymiarowe życie, zamknięte w odcinku między początkiem życia i śmiercią. Wyobrażenie sobie takiego „obiektu” (czyli np. siebie w rozwiniętym wymiarze czasowym) byłoby z pewnością interesujące, ale to temat na inny wpis. Siłą fizyczną, która spaja wszystkie brany jest wg. Randall grawitacja. Ponieważ operuje ona w przestrzeni n-wymiarowej (jak pisaliśmy teoria strun zakłada wszechświat o 11-to lub 26 wymiarowej geometrii), dlatego też jest ona tak słabą siłą w porównaniu z trzema pozostałymi podstawowymi oddziaływaniami fizycznymi.


Fascynujący jest fakt, że takie matematyczne (geometryczne) wytwory umysłu znajdują fizyczne interpretacje. W przypadku teorii strun, jak przekonuje Greene, istnieje również relacja zwrotna – nowe odkrycia fizyki stymulują rozwój matematyki, jak w przypadku wielowymiarowych, pięknych rozmaitości Calabiego-Yau. Odpowiednie transformacje kształtu Calabiego-Yau umożliwiają wyprowadzenie praw fizycznych naszego świata, w tym cząstek elementarnych, pól i oddziaływań ujmowanych przez Model Standardowy fizyki cząstek, w tym grawitacji, za którą odpowiada specyficzny wzorzec drgania struny. Zasadniczym celem teorii wszystkiego jest połączenie w jeden model oddziaływań: silnych (jądrowych, łączących kwarki, protony i neutrony w atomy), słabych (odpowiedzialnych za rozpad promieniotwórczy), elektromagnetycznych i grawitacji. Siły te były zjednoczone na samym początku istnienia Kosmosu, kiedy miał on mikroskopijny rozmiar powstały z pierwotnej osobliwości i wydzieliły się jako osobne oddziaływania wraz z rozszerzaniem się i ochładzaniem przestrzeni, która dziś ma rozmiar/wiek 13,7 mld lat świetlnych.


Czy teoria superstrun (przedrostek super- oznacza, że teoria ta uwzględnia również tzw. supersymetrię) jest więc już gotową teorią wszystkiego TW i wszystko zostało już, lub wkrótce będzie wyjaśnione? Uznając ewolucyjny punkt widzenia i dokonania K. R. Poppera na gruncie filozofii nauki, żadna teoria nie będzie ostateczna, tak samo jak nie możemy powiedzieć, że jesteśmy (gatunek homo sapiens sapiens) ostatecznym wytworem ewolucji. Teoria co najwyżej może być falsyfikowalna (czyli określać warunki swojej własnej fałszywości) – wtedy też może być wedle Poppera w ogóle uznana za naukową. To kryterium teoria strun spełnia. Greene: Struny zawiodłyby jako teoria ostateczna, gdybyśmy stwierdzili, że są jedną, ale nie ostatnią z warstw kosmicznej cebuli, warstwą widoczną w skali Plancka. (…) być może struny mają wewnętrzną strukturę, brak na to jednak przekonujących dowodów. Czas pokaże, co jest prawdą.


Materialna muzyka strun i fałszywa nuta poznawcza

Teorii strun początkowo powstało aż pięć wersji, w tym jedna zakładająca aż 26-cio wymiarową hiperprzestrzeń. Dzięki jednak tzw. dualności teorii - o czym pasjonująco pisze Greene - udało się uspójnić te teorie jako różne opisy tej samej w gruncie rzeczy rzeczywistości fizycznej. W rezultacie mamy do czynienia z tzw. M-teorią, która obecnie pretenduje do miana teorii wszystkiego (owo M- oznacza jednocześnie Mystery – tajemnicę, Macierz, Membranę lub „teorię Matkę”). Problem polega jednak na tym, że teoria ta, jej matematyka i równania są tak złożone, że tylko niewielu fizyków jest w stanie ją względnie całościowo zrozumieć i wyprowadzić z niej właściwe przewidywania. Problem z teorią wszystkiego ma więc moim zdaniem charakter bardziej umysłowy. Ponieważ nasz umysł jest w stanie pojąć jedynie ograniczoną liczbę wymiarów (zasadniczo tylko trzy przestrzenne i jeden czasowy), teorie zakładające ich większą liczbę stają się na pewnym poziomie niepojmowalne, ewentualnie pojmowalne dla bardzo wąskiej grupy teoretyków, jak dla głównego współtwórcy teorii strun Edwarda Witten'a. To jakościowe granice wiedzy i poznania. Do granic ilościowych należy wspomniany wcześnie gigantyczny przyrost wiedzy naukowej, której nawet specjaliści w danej dziedzinie nie są w stanie w pełni przyswoić. Przestrzeń wiedzy naukowej stale puchnie, utrudniając jej opanowanie, a trudność pogłębia jeszcze coraz bardziej skomplikowany i trudniej zrozumiały aparat matematyczny tych teorii. Choć z tych trudności wielu fizyków zdaje sobie sprawę, to czy nadal będą dążyć do stworzenia teorii wszystkiego? Wszystkiego – czyli teorii samej teorii – metateorii itd.? Teoria taka, o ile ma rzeczywiście obejmować wszystko, być uniwersalna i ostateczna, musi również uwzględniać umysł, który ją stworzył. A umysł nie jest generalnie przedmiotem zainteresowań fizyki, tylko materia, energia, cząstki, siły i pola oddziaływań. W samym założeniu TW tkwi więc swoisty, epistemologiczny błąd, zasłaniany niestety przez poznawczą pychę wielu teoretyków. Nawiązując więc do tytułu głośniej książki Steven'a Weinberga z 1994 Sen o teorii ostatecznej, który już wtedy, niesiony entuzjazmem unifikacji oddziaływań słabych i elektromagnetycznych, za które dostał Nobla, głosił, że jesteśmy już blisko stworzenia TW, wypada się z nim zgodzić, że to właśnie zasadniczo SEN.


Matematyka jest uznawana za język fizyki, a często i za język przyrody, którym Natura w procesie poznania fizycznego do nas mówi. Niewielu jednak fizyków jest w stanie uznać, że przyroda jest po prostu matematyką, gdyż wtedy musieli by uznać, że przyroda jest umysłem (świadomym, posiadającym jakiś podmiot?). Greene otwiera jednak pewne okno, w którym fizyka i matematyka może się swoiście połączyć: Wybierając coraz mniejszy obiekt, powodujemy, że fizyka i matematyka zaczynają coraz lepiej do siebie pasować, ponieważ stopniowo zbliżamy się do fizycznej realizacji abstrakcyjnego matematycznego pojęcia punktu. Teoria strun ogranicza jednak dokładność realizacji struktury geometrycznej Riemanna przez fizykę grawitacji, ponieważ nie da się zmniejszać badanego obiektu w nieskończoność. Nie ma bowiem nic mniejszego od strun. Geometria kwantowa, jaką posługuje się teoria strun stanowi więc swoiste zjednoczenie matematyki i fizyki. Do ontologicznego utożsamienia tych dwóch dziedzin jest więc tylko krok. Unifikacja na poziomie wysokich energii i w kwantowej mikroskali nie dotyczy więc być może tylko oddziaływań, ale i dziedzin/przedmiotów wiedzy.


Z twierdzenia Goedla wiemy, że każdy system aksjomatyczny odwołuje się do zewnętrznych wobec siebie założeń. Zdają się o tym, z uporem maniaka, zapominać fizycy pracujący nad GUT (Grand Unified Theory), którzy przecież do każdej teorii wykorzystują matematykę. Żaden system logiczny nie uzasadni jednak sam siebie, chyba że pozostanie nic nie wnoszącą poznawczo tautologią: „teoria wszystkiego jest teorią wszystkiego”. TW nie będzie więc z założenia teorią wszystkiego, bo musiałaby wyjaśniać warunek własnej możliwości, który jest wobec niej zewnętrzny i zawarty w tworzącym ją umyśle, nawet jeśli umysł zostanie pojęty bardzo fizykalistycznie (materialistycznie), jako zwykła funkcja mózgu. Całościowa TW musiałaby więc uwzględniać również koncepcję umysłu, stając się jednak bardziej filozofią, od której ortodoksyjna fizyka zawzięcie przecież stroni, uznając, że poznawczy prym przejęła od filozofii już cztery wieki temu, wraz z narodzinami nowożytnego przyrodoznawstwa i że wiedzie go do dzisiaj.


Pycha poznania

Pycha (hubris), to poczucie, że jest się posiadaczem absolutnej prawdy i „zjadło się wszystkie rozumy”. Rzeczonej pychy u Greene'a na szczęście nie ma. Sam z dystansem podchodzi do kluczowego pytania ontologicznego: Z ostrożnym optymizmem możemy sobie wyobrazić, że sformułowanie raz jeszcze zasad mechaniki kwantowej w ramach teorii strun stworzy wytrzymalszą strukturę, która pozwoli nam odpowiedzieć na pytanie jak zaczął się Wszechświat i dlaczego istnieją przestrzeń i czas. Struktura ta poprowadzi nas w kierunku odpowiedzi na pytanie Leibniza o to, dlaczego istnieje raczej coś, niż nic (str. 552). Niemniej przejście pomiędzy wolą i pasją poznawania a poznawczą pychą jest dosyć płynne. W fizyce dobrze pokazuje ją ten cytat z książki Greene'a: To naprawdę zadziwiające, że istoty, których egzystencja ogranicza się do jednej planety, krążącej wokół zwyczajnej gwiazdy usytuowanej na krańcach dość typowej galaktyki, potrafiły odkryć i zrozumieć niektóre z najbardziej tajemniczych właściwości fizycznego Wszechświata. A wszystko dzięki myśleniu i eksperymentowaniu. Niemniej fizycy nie spoczną na laurach, dopóki nie poczują, że udało im się zrozumieć do końca naturę Wszechświata. To właśnie miał na myśli Stephen Hawking, mówiąc o poznaniu „myśli Boga”. (Moim zdaniem zrozumieć do końca naturę Wszechświata można by, ale mając mózg przynajmniej wielkości układu słonecznego, lub całej galaktyki. Tymczasem nasz mózg do takich możliwości poznawczych ma się tak, jak pojedynczy neuron do mózgu...).


Czytając prace różnych naukowców zauważyłem, że bardziej zadufani poznawczo są naukowcy jawnie deklarujący swój ateizm. Do nich należy przywołany Hawking, ale i L. M. Krauss, którego zacytowaną na wstępie książkę, szczególnie na tle wyważonej i zdystansowane pracy Greene'a, można uznać za modelowy manifest naukowej pychy. Dla podkreślenie ateistycznej wymowy swej książki Krauss zamieścił w niej nawet posłowie znanego ateistycznego biologisty Richarda Dawkinsa, w którym ten napisał: możemy nie rozumieć mechaniki kwantowej (ja nie rozumiem), ale teoria, która przewiduje zjawiska w świecie realnym z dokładnością do dziesięciu miejsc po przecinku, nie może w żadnym sensie się mylić. Teologii nie tylko brakuje miejsc dziesiętnych, brak jej jakiegokolwiek związku ze światem realnym. Jaki jest cel w dowalaniu teologii w takim miejscu, poza manifestacją debilnego scjentyzmu przez jajogłowego naukowca, doprawdy trudno zrozumieć. Nauka, która nie przewidziała skutków swojej poznawczej pychy w postaci atomowego zniszczenia Hiroszimy i Nagasaki, obozów zagłady, eksperymentów medycznych, skutków chemizacji rolnictwa i inżynierii genetycznej, ateizacji i nihilizmu „z pewnością nie może się mylić”. Dowodów na problemy z filozofią i logiką u Krauss'a w omawianej książce jest sporo. W posłowiu czytamy: Jak piszę w tej książce, najbardziej praktycznym rozwiązaniem jest opieranie naszych definicji na empirycznie odkrytych realiach, a nie na abstrakcyjnych filozoficznych zasadach, by parę wersów niżej sformułować czysto filozoficzny pogląd: jedną z wielki zalet nauki jest to, że zdrowy rozsądek niekoniecznie jest dobrym przewodnikiem umożliwiającym zrozumienie natury. Zdrowy rozsądek powinien wynikać z Wszechświata, a nie odwrotnie. A niezwykłym niecudownym cudem jest fakt, że połączenie mechaniki kwantowej z grawitacją pozwala, aby coś powstało z niczego. I dalej: Metafizyczna „zasada” (...), że „z niczego nic nie powstaje”, nie ma oparcia w nauce. Każda teoria, w tym sam scjentyzm, opiera się na metafizycznych przesłankach i założeniach. Rozsądny naukowiec zdaje sobie z tego sprawę i nie wypowiada kategorycznych i arbitralnych stwierdzeń, zaznaczając zawsze, jakie założenia wstępne (de facto filozoficzne, ontologiczne) przyjmuje i gdzie może się ewentualnie mylić (tj. co może zostać sfalsyfikowane). Niestety tego podstawowego charakteru i klasy Krauss'owi i Dawkinsowi brakuje, zostawiając miejsce właśnie dla poznawczej pychy. Skąd generalnie może ona u naukowców wynikać? Zapewne z fałszywej dumy, że dzięki pracy fizyków udało się opanować jądrową energię, stworzyć atomową bombę i materialny postęp. Nieco łagodniej: że udało się stworzyć technologię umożliwiającą lot na księżyc, GPS i nowoczesną komunikację cyfrową. Jednocześnie jednak stworzona została technokratyczna cywilizacja wyniszczająca przyrodę i struktury biologiczne (zdrowie, bioróżnorodność), ze spłaszczonym do granic prymitywności i barbarzyństwa duchem, atrofią humanizmu, kultury i sztuki.


Redukcja „dlaczego?” do „jak?”

Mimo, iż Krauss deklaruje respekt dla Greena'a i teorii strun, co potwierdza w książce, to już na samym jej początku, dla wygodnego ustawienia sobie podjętej problematyki, dokonuje dezawuującej redukcji pytania „dlaczego?” do „jak?”. W posłowiu wraca do tego redukcjonizmu i dalej się filozoficznie i teologicznie pogrąża: Pytaniom zaczynającym się od „dlaczego” brak bagażu intelektualnego. (…) W końcu wiecznie można pytać „dlaczego”, a ostateczną odpowiedzą będzie „dlatego”, ale to niczego nie wyjaśnia. (…) Pytanie „dlaczego” zakłada pewien cel, który wcale nie musi istnieć. I tutaj Krauss wyraźnie potwierdza swój płytki, redukcjonistyczny i materialistyczny scjentyzm, który Hans Jonas dobitnie oskarżył o „neutralizację aksjologiczną bytu” – wypranie istnienia z wszelkiej teleologii i ontologicznej sensowności, zredukowanej do płaskich relacji przyczynowo-skutkowych i mechanistycznego determinizmu (ciekawą pracę w tym temacie popełnił ostatnio Piotr Rosół: Hans Jonas o etycznej odpowiedzialności nauki i techniki, 2017). Na końcu swojej książki Krauss, co prawda się trochę waha i zostawia lekko uchyloną furtkę: Nauka w pewnym sensie jest zgodna z pewną podstawową formą deizmu – a mianowicie nie możemy powiedzieć, że Wszechświat, nawet taki, który który w wyniku naturalnych procesów fizycznych powstał z niczego, nie został stworzony z pewnym tkwiącym u jego podstaw zamiarem, choć ów zamiar nie musi być oczywisty. Zamiar ten nie jest oczywisty, ale w ramach tego bloga przyjmuję, że został on dobrze zrekonstruowany w wizji ewolucji Teilharda de Chardin'a i eko-filozofii Henryka Skolimowskiego. Na samym końcu książki Krauss jednoznacznie jednak potwierdza swój ateizm stwierdzając, że nie chciałby żyć we Wszechświecie z Bogiem, a cała wartość i sensowność ludzkiego życia opera się na jego jednorazowości i przemijalności oraz pełnej dowolności w projektowaniu egzystencjalnego sensu. Bardzo to głębokie filozoficznie. Nihilizm Kraussa ma podbudowę ontologiczną – twierdzi w końcu, że (Wszech)Świat powstał z niczego i skrywa również jedynie Wielkie Nic: Tak więc my i wszystko, co widzimy powstało na początku czasu z kwantowych fluktuacji tego, co w zasadzie jest nicością (...) To zarówno niezwykłe, jak i fascynujące, że znajdujemy się we Wszechświecie zdominowanym przez nic. Wszystkie struktury, które możemy oglądać, takie jak gwiazdy i galaktyki, został stworzone z kwantowych fluktuacji niczego. A średnia całkowita newtonowska energia grawitacji każdego obiektu w naszym Wszechświecie też nic nie wnosi. Jeszcze kilka lat temu za głoszenie takich „herezji” Krauss zostałby wyrzucony z Wydziału Fizyki za podważanie „świętej” zasady zachowania energii. 


Zacytujmy inny autorytet fizyczny, twierdzący coś zgoła innego, zgodnego z fizyczną ortodoksją – Johna Taylor'a - w pracy wydanej u nas 30 lat wcześniej pt. Czarne dziury: koniec wszechświata, PIW 1987: We wszechświecie nie można uzyskać czegoś za nic. (…) Najtrudniejsze jest pytanie o pochodzenie Wszechświata. Jeśli odpowiemy, że przybył skądś, uzyskując obecną formę dzięki działaniu praw fizyki, wystarczy jedynie dodać, że stworzył nas i nasze materialne otoczenie w obecnej formie z czegoś, co tkwiło w nim. Pytamy więc ponownie: skąd pochodziła ta nowa całość? Każda definitywna odpowiedź na pierwsze pytanie jest błędna, gdyż będzie prowadzić do nieskończonego łańcucha podobnych pytań. Określiliśmy już, że mówimy o wszystkim, co jest materialne. Nie może być i nigdy nie było niczego innego, z czego powstał nasz świat. Zgodnie z tym poglądem, ale i z zasadą zachowania energii, coś nie może powstać z niczego, a materia może powstać tylko z innej materii, lub z energii, zgodnie ze wzorem E = mc2. Współczesna fizyka pytając jednak czym jest materia (Taylor twierdzi, że to po prostu fale prawdopodobieństwa, a więc jakaś „zmaterializowana matematyka”) napotyka na szereg trudności. Według Krauss'a źródłem materii jest jednak coś przeciwnego, a mianowicie: nicość. I nie chodzi tu o problem semantyczny i jakieś specyficzne rozumienie/definiowanie nicości jako swoistego pojęcia, lecz po prostu o NIC. Krauss uznaje za pewnik, że Wszechświat powstał właśnie z niczego, czyli z zupełnego i absolutnego zera, twierdząc to z całą powagą uznanego fizyka-kosmologa. Już nie z pierwotnej osobliwości skurczonej do zerowymiarowego punktu (a więc jednak czegoś), jak to zakłada teoria Wielkiego Wybuchu, ale z bezwzględnej nicości. Na fizyczne poparcie tej tezy Krauss podaje przykład nieustannego kreowania przez fizyczną próżnię (przestrzeń pozbawioną jakichkolwiek cząstek i materii) par tzw. cząstek wirtualnych (cząstek i antycząstek), które chwilę po powstaniu anihilują (unicestwiają się). Na tej samej zasadzie, wywodzi, mógł powstać świat materii i antymaterii, które rozdzielając się przestrzennie (dzięki ekspansji przestrzeni) uniknęły anihilacji i unikają jej nadal, dzięki czemu w ogóle istnieje nasz kosmos i my. 


Mimo, iż w tradycyjnej metafizyce filozoficznej kwestia stworzenia czegoś z niczego (creatio ex nihilo) była raczej uznawana za logiczny i ontologiczny błąd, Krauss uznaje to za fizyczną i kosmologiczną oczywistość. Nie to jednak u Kraussa mi najbardziej przeszkadza, gdyż generalnie proces ewolucji (ale i np. twórczości artystycznej) polega na tworzeniu nowych form bytu, których wcześniej nie było, więc i samo trójwymiarowe bycie jako swoista „ontologiczna innowacja” mogło powstać z niczego (nie wdając się w karkołomne definicje „nicości” i „niczego”). W końcu 0 = x – x, więc matematycznie istnienie dynamiki (dialektyki) przeciwieństw (owego x i -x), z jakim mamy do czynienia w naszym świecie, w miejsce nieistnienia (owego 0) da się całkiem dobrze uzasadnić. Przeszkadza mi za to jego postawa, umotywowana zapewne jakimś materializmem, emanująca z wielu jego stwierdzeń, wykraczających poza rzetelne przedstawienie obecnego stanu wiedzy fizyczno-kosmologicznej, w kierunku narzucenia czytelnikowi słabo uzasadnionych i miałkich filozoficznie poglądów (scjentyzmu).

Zupełnie przeciwną, powściągliwą postawę wobec redukcjonizmu Kraussa, chcącego zredukować „dlaczego?” do „jak?” przyjął Greene: Zrozumienie jak powstał Wszechświat, wydaje się bowiem – przynajmniej części fizyków – największym postępem, jakiego możemy dokonać, chcąc zrozumieć, dlaczego Wszechświat się zaczął. Nie oznacza to, że współczesna nauka tworzy związek między pytaniem „jak?” i pytaniem „dlaczego?”. Tak nie jest. Możliwe też, że nigdy nie odkryjemy takiego związku (…) Czasami dogłębne zrozumienie pytania to najlepszy substytut odpowiedzi.

Pytanie „jak?”, będące też pytaniem techniki i technologii, odsyła do przyczyny sprawczej i związku przyczynowo-skutkowego, który odnosi się do przeszłości determinującej teraźniejszość. Pytanie „dlaczego?” odnosi się zaś do przyczyny celowej (teleologii) umiejscowionej często w przyszłości. Na gruncie kosmologicznym przykładem wyjaśnienia bazującym na „dlaczego?”, przyjmowanym też w eko-filozofii jest zasada antropiczna, mówiąca, że Wszechświat ma taką strukturę, jaką ma, aby mógł powstać człowiek i badać/kontemplować ten Wszechświat (jak również zadać owo pytanie „dlaczego?”). Krauss zasadę antropiczną raczej odrzuca, choć momentami, wijąc się w uzasadnieniu, że „nic jest jednak czymś”, stwierdza: Być może wszystkie zagadki teorii cząstek elementarnych da się rozwiązać, powołując się na tę samą mantrę: jeśli Wszechświat byłby odrobinę inny, to nie byłoby w nim nas.

Według Greene'a teoria strun wyklucza pojawienie się osobliwości (o nieskończonej gęstości i temperaturze) i zerowymiarowego punktu na początku i końcu istnienia Wszechświata, lecz uznaje za konieczne istnienie obiektu o długości Plancka we wszystkich wymiarach. Wszechświat, który miałby się skurczyć do rozmiaru Plancka (tzw. Wielki Kolaps) automatycznie odbiłby się od tej skali i ponownie rozszerzał. To poetyckie pulsowanie świata/istnienia jest po prostu piękne: Wymiar kołowy może się skurczyć do długości Plancka. Jednak dzięki obecności konfiguracji nawiniętych strun próby dalszego zapadania się prowadzą do rozszerzania. Greene'a można z pewnością uplasować w nurcie niemechanistycznej Nowej Fizyki, która koresponduje z kosmologią całościową i ewolucyjną, którą Skolimowski przyjął za podstawę swojej eko-filozofii (w tym zasadę antropiczną). U Greene'a świadczy o tym zarówno wymowa, przesłanie i styl całej książki Piękno Wszechświata, jak i poszczególne stwierdzenia: Kto by pomyślał, że intuicyjny i mechaniczny, przypominający działanie zegara, newtonowski punkt widzenia okaże się tak ograniczony, że tuż pod powierzchnią zwyczajności kryje się nowy, oszałamiający świat?


Nowa Fizyka – nowy obraz świata

Kartezjańsko-newtonowski mechanicyzm, ale i determinizm (jak u Laplace'a) obaliła w pierwszej połowie XX w. ogólna teoria względności i mechanika kwantowa (tzw. Nowa Fizyka), choć poznawcze i społeczne konsekwencje tego faktu (związane m.in. ze stopniową zmianą paradygmatu pozytywistycznego na systemowo-holistyczny i ekologiczny) następują dopiero teraz. Sztywną i jednoznaczną determinację przyczynowo-skutkową zastąpiła fala prawdopodobieństwa (funkcja falowa) a ścisłe, lokalizujące definicje – zasada nieoznaczoności. Niezdeterminowanie, płynność, ale i tajemnica (misterium) istnienia znajdują więc uzasadnienie w głębokiej naturze rzeczywistości poziomu kwantowego. Greene: Nierozwiązana pozostaje zagadka tego, czym są tak naprawdę fale prawdopodobieństwa i w jaki sposób cząstka „wybiera” jedną ze swoich możliwych przyszłości. Nie wiadomo nawet , czy cząstka rzeczywiście dokonuje dokonuje tego wyboru, czy też, jak rozwidlenie rzeki, rozdziela się na wiele egzystencji i żyje w coraz większej liczbie równoległych wszechświatów. Świadomość tego, ile jeszcze nie wiemy i pozostawienie miejsca dla niewypowiedzianej tajemnicy, warunkuje postawę poznawczej pokory i szacunku, chroniącą przez arogancją i pychą, w którą niestety wielu naukowców nadal popada. Generalnie jednak, dzięki odkryciom Nowej Fizyki rozpoczętej wraz z teoriami Einsteina, rzeczywistość stała się bardziej płynna, organicznie powiązana i współzależna, sprzyjając narodzinom paradygmatu niemechanistycznego, holistycznego: zastępując zimny, mechanistyczny newtonowski pogląd na przestrzeń, czas oraz grawitację dynamicznym i geometrycznym opisem odwołującym się do zakrzywionej czasoprzestrzeni, Einstein wplótł grawitację w podstawową strukturę Wszechświata (…) Grawitacja wyznacza rytm kosmicznego tańca, w którym niestrudzenie uwijają się miliardy mieszkańców kosmosu, od planetoid do planet, gwiazd i galaktyk


W cytowanej książce Greene względnie często pozwala sobie na poetyckie wtręty. W końcu uznał piękno nie tyko w tytule książki, ale za istotną, o ile nie kluczową właściwość Wszechświata. Piękno jednak nieuchronnie wiąże się z obecnością człowieka i jego wrodzoną, estetyczną wrażliwością. Obserwator w Nowej Fizyce przestał być zewnętrznym, obiektywnym podmiotem, stając się integralną częścią badanej rzeczywistości (otoczenia) – partycypującym aktorem kształtującym tę rzeczywistość przez swoją percepcję, postawę, wrażliwość i aktywność poznawczą. Agonia systemu mechanistycznego, sprowadzającego świat do zdetereminowanego i sztywnego ruchu trybików wielkiego zegara jednak jeszcze cały czas trwa, a obecnie, w wymiarze ekonomicznym, przechodzi swoją nowotworową fazę w postaci przerostu biznesowych korporacji i biurokracji, które sądzą, że można ociągać partykularny zysk nie podcinając jednocześnie gałęzi, na której wszyscy siedzimy (równowaga ekologiczna Planety).


Przykładem tego, że teoria strun, jako czołowa teoria Nowej Fizyki, podkopuje mechanistyczny (pozytywistyczny) paradygmat jest jej uderzenie w empiryzm – świętość konwencjonalnych fizyków i naukowców, uznających, że poprawna i prawdziwa może być tylko wiedza wywiedziona z doświadczenia i potwierdzona eksperymentalnie. Przykładem reakcji konwencjonalnych fizyków na teorię strun może być reakcja znanego fizyka i noblisty S. Glashow'a, którą przytacza Greene: „Zamiast tradycyjnej konfrontacji teorii z eksperymentem teoretycy superstrun badają wewnętrzną harmonię, gdzie prawdę określają elegancja, unikalność i piękno (…) Czy matematyka i estetyka zastąpią doświadczenie?” (…) Glashow kwestionował nawet to czy, czy teoretycy strun powinni być opłacani przez wydziały fizyki i czy można pozwalać, aby deprawowali łatwowiernych studentów. Ostrzegał, że teoria strun podkopuje pozycję nauki, podobnie jak to robiła teologia w średniowieczu. Ale już nobliści o bardziej niekonwencjonalnym nastawieniu i holistycznym zacięciu - jak Murray Gell-Man, autor ciekawej pracy szukającej związków między mikro- i makro-światem Kwark i Jaguar, w której rozczytywałem się w latach 90-tych, podobnie jak w książkach Rogera Penrose'a i wielu innych – był do niej od początku nastawiony entuzjastycznie.


Greene: Gdy wkraczamy w erę wykorzystywania naszych teorii do opisu tych obszarów Wszechświata, które coraz trudniej badać doświadczalnie, starając się nie zabrnąć w ślepy zaułek, fizycy w dużym stopniu polegają na kryteriach estetycznych. Na razie podejście to dało dobre rezultaty. Elegancja złożonych i różnorodnych zjawisk, wyłaniająca się z prostego zbioru uniwersalnych praw, przynajmniej częściowo oddaje znaczenia słowa „piękno” pojawiającego się w ustach fizyków. Oceniając swoją teorię względności Einstein stwierdził, „że jest ona zbyt piękna, aby mogła być nieprawdziwa”. I miał rację. Spójność logiczna (logika), ontologia (teoria bytu, istnienia), epistemologia (teoria poznania), teoria i filozofia nauki, metodologia – to chyba jedyne dyscypliny filozoficzne, które zaakceptowała konwencjonalna nauka. Do tego dochodzi współcześnie estetyka. Piękno, to wybitnie niewymierna i trudno definiowalna, ale i w pełni holistyczna kategoria. Dlatego cieszy, iż znajduje ona (formułowana też jako „elegancja”) zastosowanie również we współczesnej fizyce, jako istotne kryterium prawdziwości. Prawda (w fizyce) musi być piękna. Tak jak piękna jest Natura, Wszechświat i przyroda ziemska (o ile nie zostanie zeszpecona przez człowieka).


Teoria strun skłania nas też do tego, żeby uznać porządek genezy odwrotny od analityczno-mechanistycznego, według którego to zawsze elementy tworzą całość i mają pierwszeństwo w ciągu przyczynowo-skutkowym, a struktury bardziej złożone tworzone są przez prostsze, a wymiary wyższe przez niższe. Tymczasem, według teorii strun: Geometria wyższych wymiarów wyznacza podstawowe cechy fizyczne, takie jak masy i ładunki cząstek, obserwowane w zwykłych trzech dużych wymiarach przestrzennych, znanych z codziennego doświadczenia (Greene, str. 300). Według zasady antropicznej strukturę wszechświata wyznacza cel, do którego zmierza ewolucja, której jednym z etapów jest stworzenie istot inteligentnych i samopoznanie się świata. Na kształt teraźniejszości i rzeczywistości ma więc wpływ nie tylko przeszłość, ale i przyszłość, do której teraźniejszość nieubłaganie zmierza, poprzez upływający czas.


Nad fizycznymi dywagacjami, przerastającymi wyobraźnię wielu metafizyków jakich zna historia filozofii i gubiącymi w się w oceanach szczegółowej wiedzy naukowców, góruje podejście holistyczne, szukające jedności w wielości. Jedność ta, w fizycznym sensie, była na początku istnienia (bytu) i będzie na końcu. Jej symetrię i blask odnajdujemy w spójności ewolucji (Kosmosu, Ziemi, życia, człowieka, umysłu), rozpiętej jako struna historii (czasu), między początkiem a końcem. W kolistej, zjednoczonej przestrzeni, stają się one tym samym.


Na zakończenie jeszcze kilka cytatów z książki Greene'a:

Dla obiektów poruszających się z prędkością światła czas stoi w miejscu. Prędkość obiektu w przestrzeni odzwierciedla ilość zabranego ruchu w czasie

W fizyce stan wiedzy zmienia się czasem dosłownie z dnia na dzień. To naprawdę fascynujące.

Teoria strun jednoczy fizykę, a ma także szansę zapoczątkować jednoczenie się matematyki.

W przypadku fundamentalnych wyjaśnień nadmiar zdecydowanie szkodzi.

A zatem już kończę :-)


20180721_171740 Copyjpg

udost_face_1jpg udost_tweetjpg