Zielona filozofia i brak zielonego pojęcia

Zielona filozofia i brak zielonego pojęcia

  

Czy konserwatyści mogą generalnie pojąć, o co chodzi ekologom i „wyznawcom” zrównoważonego rozwoju (sustainable development)? Można w to wątpić, tym bardziej, że przykładów zupełnego niezrozumienia przez kręgi prawicowe – dziennikarzy, polityków, naukowców – na czym w istocie polega idea ekologiczna jest bez liku, a w ostatnim czasie dowody na to wyrastają jak grzyby po deszczu.

Większość polskich konserwatystów redukuje ekologizm do nowego wcielenia marksizmu, zwanego też Nową Lewicą, wyrażonego w pracach grupy filozofów tzw. Szkoły frankfurckiej (Adorno, Horkheimer, Marcuse i in.) i uznaje, że tematem tym nie musi już się zajmować, skoro to kolejna aberracja, w rodzaju New Age czy ideologii gender, zamierzająca, poprzez rewolucję kulturowo-aksjologiczną, postawić świat na głowie. Większość refleksji, stwierdzeń czy epitetów emitowanych pod adresem idei ekologicznej i koncepcji zrównoważonego rozwoju, cechuje jednak zupełne niezrozumienie istotny rzeczy, a często infantylizm w argumentacji. Ostatnim przykładem może być seria artykułów pt. Rewolucja codzienności, Nasz Dziennik, 10-11 czerwca 2017 r., gdzie krytykuje się m. in. jazdę na rowerze, segregowanie odpadów czy funkcjonalne kuchnie.


Taka formuła narracji dyskredytuje i obraża wiele ekologicznych środowisk, bardzo utrudniając lub wręcz uniemożliwiając w zarodku jakikolwiek dialog. Zamiast więc projektować konstruktywne, by nie rzec konsyliacyjne rozumienie ekologii społecznej i zrównoważonego rozwoju, w czym środowiska konserwatywne mają już w Polsce znaczący dorobek (np. twórczość ks. prof. dr hab. J. Marcelego Dołęgi z UKSW), prawicowi konserwatyści, w tym katoliccy idą na otwarcie zwarcie, budując kolejny front podziałów kulturowych i społecznych w Polsce. Zarzut czołowego katolickiego teoretyka Nowej Lewicy, ks. prof. dr hab. T. Guza (wystąpienie w WSKSiM 13.05.2017 r.), iż ekolodzy humanizują przyrodę (zwierzęta i drzewa) jednocześnie animalizując człowieka jest doskonałym sposobem na dalszą radykalizację spolaryzowanych stanowisk i konfliktowanie dyskusji zaprzepaszczającej cały naukowy dorobek polskiej myśli ekofilozoficznej, adekwatnej przecież do podjętej tematyki (zob. np. K. Najder-Stefaniak, Wprowadzenie do ekofilozofii, wyd. SGGW 2013). Niestety aprioryczne założenie, że wszelkie tezy stawiane przez prof. Guza są prawdą niemal objawioną i można je tylko przyjąć, a nie z nimi dyskutować są na gruncie filozoficznym, na którym przecież wypowiada się ks. Profesor, nie do przyjęcia i utrzymania.


W konwencjonalnym ujęciu odmienne zapatrywania i niemożność wzajemnego zrozumienia prawicy i lewicy w kwestiach zapatrywań na środowisko i kwestię jego ochrony, wynikają zasadniczo z odmiennych paradygmatów aksjologicznych. Z jednej strony jest to antropocentryzm (lapidarnie można go streścić w stwierdzeniu: człowiek jest panem stworzenia, a środowisko warto zachować z uwagi na potrzeby człowieka) z drugiej zaś ekocentrym (w tym biocentryzm, geocentryzm, kosmocentryzm i in.), zakładający, że przyroda (istoty żywe) mają wartość samą w sobie, niezależnie od utylitarnej wartości dla człowieka. W wymiarze etycznym eko-etyka przyznaje wartość moralną istotom pozaludzkim (zwierzętom roślinom, poszczególnym ich gatunkom lub osobnikom), czego konsekwentny antropocentryzm nie akceptuje, gdyż według niego podmiotem i przedmiotem wartości moralnej może być tylko człowiek. Te aksjologiczne drogowskazy wskazują więc na dwa zupełnie przeciwstawne kierunki, a pogodzenie lub zapośredniczenie ich musiałoby się skończyć logiczną sprzecznością lub jakąś formą poznawczej schizofrenii, zarówno w teorii, jak i w praktyce społecznej. Czy na ten radykalny podział jesteśmy już na zawsze skazani?


Tymczasem z samego jądra konserwatyzmu wyszła bardzo interesująca praca, autorstwa brytyjskiego filozofa Rogera Scrutona: Zielona Filozofia. Jak poważnie myśleć o naszej planecie, przekł. J. Grzegorczyk, R. P. Wierzchosławski, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2017 r. Choć wydana pierwotnie już w 2012 r., przetłumaczona na polski i wydana została dopiero w tym roku. Takiego głosu ze strony konserwatywnej nie sposób przemilczeć i nie przytoczyć w kontekście na nowo rozgorzałego w Polsce sporu między „ekologami” a „prawicowcami”. Po lekturze książki Scrutona można ją śmiało uznać za manifest eko-konserwatyzmu (czyli ekologizacji poddaje się wszystko, nawet konserwatyzm :-), podobnie jak papieską encyklikę Franciszka Laudato Si' można nazwać pierwszą pełną eko-encykliką.


Scruton dostrzega wagę problematyki ekologicznej i nie stoi obojętnie wobec wyzwań ochrony środowiska. Stara się wykazać, że wartości konserwatywne są adekwatne do właściwego uporania się z nimi, choć lewicowcy uważać będą odwrotnie, że to właśnie wartości konserwatywne są przyczyną współczesnych problemów środowiska czy wręcz ekologicznego kryzysu. Polscy filozofowie katoliccy jednak nadal uważają, że problemu tak naprawdę nie ma, oddając walkowerem środowiskom lewicowym tak ważne dla naszej przyszłości pole, jakim jest paląca problematyka ekologiczna, przegrywając w ten sposób ważną sprawę. Ta ekofobia dotyczy nie tylko środowisk kościelnych, ale większości polskich opiniotwórczych środowisk konserwatywnych i patriotyczno-narodowych (np. artykuł J. Liziniewicza Wszystkie wojny ekologów, Gazeta Polska Tygodnik 07.06.2017 r.).


Choć wielu uznaje konflikt na polu ekologicznym za oczywisty, konieczny i obiektywny stan rzeczy, który prędzej czy później prowadzi do napięć – nie tylko aksjologicznych, ale i realnych konfliktów społecznych, jak niegdyś Rospuda a obecnie Białowieża (abstrahując oczywiście od całego politycznego uwikłania tych konfliktów przesłaniających istotę rzeczy) Scruton stara się znaleźć, a być może stworzyć przestrzeń, w której tak przeciwstawne do tej pory stanowiska udałoby się zapośredniczyć, by nie rzec „pogodzić”. Czy mu się to udało? Jaką mądrość w kwestii ekologicznej proponuje Scruton? Z perspektywy konsyliacyjnej, już pierwsze myśli we wprowadzeniu do Zielonej Filozofii napawają optymizmem: „Problem ochrony środowiska postrzegam jako wyrastający z utraty równowagi, do której dochodzi, gdy ludzie przestają pojmować swoje otoczenie jako dom. Ma ona wiele przyczyn; jedną z ważniejszych jest złe wykorzystanie prawodawstwa oraz fragmentacja i atomizacja społeczeństwa, zachodzące wówczas, gdy biurokraci biorą sprawy w swoje ręce” (Zielona Filozofia, s. 9). Z tym stwierdzeniem zgodzą się chyba wszyscy z prawa i lewa, no może poza radykalnymi ekofobami z kręgów Naszego Dziennika, którzy w idei i chęci równoważenia upatrują właśnie główne zagrożenie. Kolejna myśl: „Celem polityki nie jest reorganizacja społeczeństwa w interesie jakiejś nadrzędnej wizji czy ideału, takiego jak równość, wolność czy braterstwo. Celem jest zachowanie odporności na oddziaływanie sił entropii, które zagrażają naszej społecznej i ekologicznej równowadze. Celem jest przekazanie przyszłym pokoleniom – a póki co utrzymanie i poprawa – porządku, którego jesteśmy tymczasowymi powiernikami” (tamże, s. 17). Poza radykalnymi lewicowcami teza ta też wydaje się do zaakceptowania przez obie strony sporu.


Swój zielono-filozoficzny wywód Scruton zaczyna więc od negacji globalizmu ekologicznego. To akurat trudno uznać za specyficznie konserwatywne stanowisko, gdyż wielu „zielonych” jest jednocześnie alterglobalistami i krytykuje globalną, bo partykularną w swej istocie, politykę ponadnarodowych korporacji i organizacji politycznych. W tej sferze więcej prawicowych i zielonych łączy, niż dzieli i jest tu wspólny front, który już stwarza wspólną płaszczyznę dla zwaśnionych w innych obszarach stron. Wspólną rzeczą dla lewych i prawych, co zauważa Scruton jest idea zachowania i ochrony (czytaj: konserwacji). W tym sensie ekolodzy to też konserwatyści, bo chcą ochronić czyste środowisko i zachować je w niepogorszonym przynajmniej stanie dla nas i dla przyszłych pokoleń.


Krytykując globalizm, zwraca się więc Scruton w stronę lokalizmu ekologicznego. Uznaje, że ekologia lokalna, określana też przez niego neologizmem „ojkofilą” (umiłowaniem domu, najbliższego otoczenia i „małej ojczyzny”) jest właściwą formułą dla człowieka uznającego tradycyjny, konserwatywny system wartości. Przywołując źródłowy sens greckiego oikos, oznaczającego obecnie bardziej otoczenie przyrodnicze (środowisko), niż, jak pierwotnie, gospodarstwo i dom (w tym ostatnim sensie figuruje ono w słowie „ekonomia”). Czy Scruton mówi tu jednak coś nowego? Zrównoważony rozwój lokalny, mimo globalnego sznytu tej koncepcji, zarysowanego na Szczycie Ziemi w Rio de Janeiro w 1992 r., miał zawsze swoją nogę lokalną. Na Polskim gruncie personifikacją tego może być działalność i twórczość prof. dr hab. Stefana Kozłowskiego, ministra środowiska w rządzie Jana Olszewskiego, uczestnika Szczytu Ziemi w Rio i autora wielu publikacji nt. ekorozwoju, w tym poradników i opracowań dla gmin z zakresu planowania i realizacji zrównoważonego rozwoju lokalnego.


Wzorem eko-filozofii Skolimowskiego (choć tego filozofa, mimo obszernej bibliografii, Scruton nie przywołuje), Scruton nie poprzestaje na teoretycznych rozważaniach, lecz ukierunkowuje swoje podejście praktycznie, szukając sposobów jak zgodnie z duchem konserwatyzmu skutecznie chronić środowisko przed dalszą i nieodwracalną degradacją. Szuka rzeczywistych motywów naszych działań: „Możemy dokonać korekty nas samych tylko pod warunkiem, że będziemy mieli do tego motywację – motywację na tyle silną, że zdoła ograniczyć nasze apetyty. Takie postawienie sprawy nic nam jednak nie mówi o tym, co faktycznie musimy zrobić, aby nasze działania były bardziej przyjazne dla środowiska. Obrona delektowania się lokalnymi potrawami (slow food), spowolnionego transportu i niskiego zużycia energii w społeczeństwie uzależnionym od fast foodów, turystyki, luksusu i marnotrawstwa niesie ze sobą ryzyko narażenia się na gniew tych, których chciałoby się nawrócić. Nie tylko nie zdobędziemy żadnych głosów nawołując do zamykania lotnisk, zwężenia dróg, czy odgórnie narzucając korzystnie z lokalnej żywności. Istnieje bowiem także niebezpieczeństwo, że sprawy się jeszcze pogorszą, gdy przedstawimy ochronę środowiska jako ideę nostalgicznych fanatyków. Wszyscy działacze ekologiczni znają taką reakcję. Dziwię się jednak, że nie dostrzegają, iż z reakcją podobnego typu spotykają się społeczni konserwatyści, kiedy bronią zagrożonego porządku moralnego, który był – jeszcze kilka dekad temu – przekazywany z pokolenia na pokolenia jako coś oczywistego. I ekolodzy i konserwatyści poszukują motywów, które obronią wspólne dziedzictwo zagrożone przez drapieżność obecnych dzierżawców” (s. 24/25). Przestrzeń konsyliacyjna została tu zarysowana, brakuje tylko woli, aby w tę stronę po prostu pójść: „W polityce nic nie jest statyczne. Coraz bardziej lewicowi ekolodzy stopniowo odłączają się od prowadzących kampanie organizacji pozarządowych. Wolą pracę na małą skalę, która jednocześnie wspiera i wyraża zrównoważony styl życia. Takie ruchy, jak Miasta Przemian, Low Carbon Communities, Slow Food, parmakultura, przyciągały osoby utożsamiające się z „lewicą”. To odwrócenie się od radykalnych rządowych rozwiązań konserwatyści powinni powitać z radością, gdyż obiecuje coś, co potrzeba ekologom obu odłamów, mianowicie dzielenie się problemami i współpracę nad ich rozwiązaniem. (s. 89-90).


Scruton akceptuje diagnozę złego (by nie rzec fatalnego) stanu środowiska naturalnego, czego wielu popularnych konserwatystów nie przyjmuje do wiadomości, zaprzeczając oczywistym faktom: Środowisko ma ograniczone możliwości wchłaniania śmieci, a większość z nich ma nieprzewidywalne skutki dla ekosystemów. Leki, antybiotyki, chemikalia, pestycydy, nawozy – spływa kanalizacją do wód gruntowych i gleby, tam są wchłaniane i absorbowane przez rośliny, zwierzęta, a później przez ludzi. Codziennie czytamy o fali pojawiającej się tu i ówdzie fali zachorowań na raka, przedwczesnych menstruacjach, hermafrodytyzmie wśród ryb i płazów – i w sposób naturalny dochodzimy do wniosku, że leki i środki chemiczne wniknęły do środowiska z powodu beztroskiego i niesprawdzonego użycia. Podobne obawy odczuwają ludzie w stosunku do genetycznie modyfikowanych upraw i jest to jeden z motywów ruchu na rzecz rolnictwa ekologicznego. (s. 121). Scruton zgadza się też co do potrzeby przeciwdziałania efektowi cieplarnianemu, choć w tym punkcie wielu konserwatystów zapewne go opuści, uznając ocieplanie się klimatu i walkę z nim za „wymysł lewackich ideologów” i narzędzie globalnej inżynierii społecznej. W tym przypadku jałową dyskusję przerwać może chyba jedynie zgoda co do faktu (niezależnie od rzeczywistych przyczyn tego stanu rzeczy – antropogenicznych lub nie), że lodowce faktycznie topnieją, wpływając na groźne dla ludzkości podnoszenie się poziomów oceanów i mórz, i kierując ją na tory bardziej konstruktywnych rozważań - jak temu zapobiec lub jak się do tego przystosować (Scruton używa w tym kontekście pojęcia rezyliencji jako umiejętności adaptacji do nieuniknionych zmian).


Scruton nie broni bezwarunkowo wszelkich tradycyjnych, dotychczasowych praktyk i strategii adaptacji, jak czyni to wielu konserwatystów trzymających się kurczowo utartych schematów, nieprzystających nijak do dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości i nowych wyzwań. Podejmuje obecne w szerokiej literaturze wątki, że mogą być one odpowiedzialne za obecne ekologiczne zaburzenia równowagi i kryzysy „...gospodarka rynkowa, praworządność, metoda naukowa i religia – są odpowiedzialne za ogromną ekspansję naszego gatunku, a zatem za obecne problemy ekologiczne. To właśnie myśl, że wszystkie nasze adaptacje – biologiczne, społeczne, kulturowe i duchowe – mogą być teraz nieskuteczne, jest tak niepokojąca” (tamże, s. 66). Choć Scruton dostrzega wagę współczesnych problemów, jako konserwatysta nie może poddać bezwarunkowej krytyce dotychczasowych wzorców, poddaje jednak krytycznej refleksji fetysze konwencjonalnej ideologii Zachodu, jak wolny rynek (problem efektów zewnętrznych i kosztów transakcyjnych, partykularyzm interesów ponadnarodowych korporacji) czy „praworządność” zdegenerowanej biurokracji. Z perspektywy filozofii ekologicznej Scruton wybiera właściwą płaszczyznę dyskursu stwierdzając, że problemy środowiskowe są problemami moralności, a nie ekonomii. (s. 179).

Refleksję ekofilozoficzną Scrutona można uznać za, chyba najpoważniejszy, namysł konserwatysty nad rzeczywistą i niezbywalną problematyką ekologiczną, która może stanowić pole do współpracy środowisk lewicowych i prawicowych, podobnie jak walka z chorobami cywilizacyjnymi i wynaturzeniami współczesnego społeczeństwa, jakim jest konsumpcjonzim: Jestem przekonany, że sprawa ojkofilii może jeszcze wygrać z życiem sfabrykowanych przyjemności i że wygra, gdy tylko właściwie przedstawimy argumenty. Jeśli uzależniająca kultura wydaje się tak odporna na sprzeciw, to po części z powodu niechęci konserwatystów do tego, by ją potępić – widzą bowiem konsumpcjonizm i technofilię jako postawy zintegrowane z „rozwiązaniami rynkowymi”, które należy chronić przed państwem socjalistycznym. To właśnie w walce z konsumpcjonizmem powinny się zjednoczyć lewica i prawica, zawiązując sojusz na rzecz środowiska, który uzdrowiłby również rozszczepienie naszej cywilizacji. Gdy krytycy ruchu ekologicznego nazywają go lekceważąco „nostalgią” czy „technofobią”, mają rację – tyle że to nie jest krytyka, ale prawdziwe rozpoznanie rzeczy, za którą wszyscy tęsknimy i która tylko czeka, aby ją odzyskać, jeśli nabierzemy otuchy. Tą rzeczą jest ojkofilia”. (s. 234). Pojęcie ojkofilii Scruton przeciwstawia z jednej strony ojkofobii (wyparciu się rodzinnego domu i ojczyzny, w tym miłości ojczystej przyrody) i technofilii (zatracaniu się w gadżeciarstwie nowinek technologicznych, polegającym na „chęci zapchania domu funkcjonalnymi urządzeniami”).


Właściwą przestrzeń do praktykowania postaw ekologicznych i prowadzenia, zrównoważonego, osiadłego stylu życia Scruton upatruje na wsi. Z pewnością jednak nie będzie to wieś wysterylizowana z tradycji, różnorodności biologicznej i bogactwa krajobrazu, jaką stały się współczesne obszary wiejskie zdominowane przez intensywne i przemysłowe rolnictwo. O zagrożeniach dla środowiska ze strony konwencjonalnego rolnictwa i jego antyekologicznej filozofii pisał w Polsce już na początku at 90-tych propagator rolnictwa ekologicznego w Polsce prof. dr hab. Mieczysław Górny (Eko-filozofia rolnictwa, 1992 r.) a aktualnie postawy te promuje Sir Julian Rose z Międzynarodowej Koalicji dla Ochrony Polskiej Wsi (W obronie życia, 2014 r.).


Choć inaczej, niż Henryk Skolimowski, który ratunku dla środowiska upatruje w głębokiej przemianie duchowej i aksjologicznej (metanoia), Scruton dostrzega wagę duchowości i sacrum w kształtowaniu postaw pozwalających zachować środowisko w odpowiednim stanie dla nas i przyszłych pokoleń, czego niestety nie dostrzega wielu hierarchów, osób duchownych i konserwatystów, odczuwających irracjonalną i groźną w swoich praktycznych konsekwencjach awersję do zielonej filozofii. Doświadczenie świętości jest głęboko związane z pamięcią. Wszyscy nosimy w sobie powidok pierwotnego przywiązania. Pamięć koryguje i umacnia nasze wspomnienia oraz kształtuje zapamiętane oikos w kategoriach, które są w takim samym stopniu wyobrażone, co realne. Obserwujemy ten proces - na mocy którego utracony dom staje się święty i oczyszczony z całej swej irytującej zwykłości – w inwokacji Mickiewicza do dawnej Litwy w Panu Tadeuszu i w inwokacji Prousta do Combray. Amerykański ruch ochrony środowiska wywodzi się z ogromnego poczucia świętości amerykańskiego krajobrazu. Thoreau i Emerson, Muir, a także malarze rzeki Hudson, tworzyli hymny ze słów i kolorów na cześć budzących podziw rodzimych krajobrazów. Byli zdeterminowani, by wzniecić w swych odbiorcach poczucie pobożności na tyle silne, aby przeciwdziałali oni grabieży, której dokonywano na danej przez Boga dzikiej przestrzeni (s. 268, 269).


Są więc intelektualne przestrzenie, bardziej subtelne, niż konwencjonalne i zgrane już prawo-lewo, wykorzystywane do politycznej nawalanki, w których pozornie niemożliwe do pogodzenia stanowiska można zapośredniczyć, choć nie jest to sprawą prostą i wymaga z pewnością subtelnej i żmudnej pracy. Taki wysiłek podjął Scruton, na ile udany sprawa pozostaje otwarta, a zweryfikuje ją z pewnością przyszłość i społeczna praktyka.


***

Świadomość zarysowanej wyżej dywergencji i polaryzacji stanowisk papież Franciszek ujmuje tak: Na jednym biegunie niektórzy za wszelką cenę podtrzymują mit postępu i twierdzą, że problemy środowiskowe rozwiążą się po prostu poprzez zastosowanie nowych technik, bez rozważań etycznych ani dogłębnych zmian. Na drugim biegunie inni twierdzą, że rodzaj ludzki, ze wszystkimi jego ingerencjami, może być jedynie zagrożeniem i zaszkodzić globalnemu ekosystemowi, dlatego trzeba ograniczyć jego obecność na planecie i powstrzymać go od ingerencji wszelkiego rodzaju (Laudato Si', 60).


Nakładając tę siatkę podziału na obecną dyskusję, w pierwszej optyce dadzą się ująć obecni konserwatyści. Co ciekawe mają oni, co widać również u Scrutona, tendencje technokratyczne, zakładające, że problemy ekologiczne mogą być rozwiązane przez technologię (Scruton np. jest w stanie zaakceptować „przedsięwzięcia geoinżynieryjne” w walce z globalnym ociepleniem). Na to nakłada się mania innowacyjności - „wszystko musi być innowacyjne” - propagowana przez obecną prawicę z gorliwością lewicowego progresywizmu. Z drugiej strony stanowisko wielu środowisk lewicowych, aby zachować (zakonserwować) środowisko w naturalnym kształcie, można określić jako „ekokonserwatyzm” (abstrahując oczywiście od problemu, że czasem trzeba dużo zmienić, żeby się nic nie zmieniło...). Ta niejednoznaczność w definiowaniu opcji – czyli progresywizm na prawo i konserwatyzm na lewo – interpretowane przez wielu jako „pomieszanie drogowskazów”, to swoisty signum temporis. Z takich niekonwencjonalnych zestawień i ujęć rodzą się jednak ciekawe poznawczo i moim zdaniem konsyliacyjne w swej istocie i konstruktywne interpretacje (np. w kontekście relacji polsko-żydowskich taką egzemplifikacją idącą w poprzek stereotypowym i utartym podziałom i definicjom może być książka K. Kłopotowskiego Geniusz Żydów na polski rozum, 2015). Papież Franciszek uznaje za wskazaną dyskusję między tymi przeciwstawnymi stanowiskami, a nie okopywanie się na swoich pozycjach i zamykane w lewicowych i prawicowych twierdzach: Dyskusja pomiędzy tymi skrajnościami powinna określić możliwe przyszłe scenariusze, ponieważ nie ma jednej drogi rozwiązania problemów. Stworzyłoby to przestrzeń dla rozmaitych działań, które mogłyby wejść w dialog prowadzący do kompleksowych odpowiedzi (tamże).


Generalnie, na tle przesłania encykliki Laudato Si, wypowiedzi „konserwatystów” jak te na cytowanych wyżej łamach, brzmieć mogą dzisiaj wyłącznie jak herezje i to wygłaszane często przez formalnych reprezentantów Kościoła. Ulegają oni dokładnie tej pokusie, przed którą przestrzega Franciszek w swej encyklice: Jak to często bywa w czasach głębokiego kryzysu, które wymagają trudnych wyborów, jesteśmy kuszeni, aby myśleć, że to, co się dzieje, nie jest aż tak poważne. Jeśli spojrzymy w sposób powierzchowny, pomijając pewne widoczne oznaki skażenia i degradacji, to wydaje się, że sytuacja nie jest tak poważna i że planeto mogłaby przez długi czas trwać w aktualnych warunkach. Takie pokrętne zachowanie pomaga nam kontynuować nasz styl życia, produkcji i konsumpcji. Jest to sposób, w jaki człowiek radzi sobie, aby móc pielęgnować wszystkie wady autodestrukcyjne: usiłując ich nie widzieć, walcząc, by ich nie uznać, odkładając ważne decyzje, udają że nic się nie stało (Laudato Si', 59).


Scruton w swojej zielonej filozofii buduje podstawy ekologii lokalnej, miłości do przyrody ojczystej, w której żyjemy na co dzień i powinniśmy się o nią troszczyć jako o wspólny dom. W domu tym mieszka rodzina. Poszerzane granicy domu i rodziny konserwatyzm che ograniczyć do państwa i narodu. Dalsze poszerzanie powoduje, wg. tych fundamentalnych założeń, pęknięcie tych kategorii, a w konsekwencji jakiś nihilizm. Papież Franciszek, roztacza z kolei perspektywę ekologii planetarnej i integralnej, nawołując i głosząc swoistą eko-ewangelię: Trzeba umocnić świadomość, że jesteśmy jedną rodziną ludzką (…) Nigdy nie traktowaliśmy tak źle i nie okaleczyliśmy tak naszego wspólnego domu, jak miało to miejsce w ciągu ostatnich dwóch stuleci. A jesteśmy wezwani, aby być narzędziami Boga Ojca, żeby nasza planeta była tym, co On wymarzył, stwarzając ją, i by odpowiadała na Jego projekt pokoju, piękna i pełni. Problem polega na tym, że nie mamy jeszcze kultury niezbędnej, by stawić czoło temu kryzysowi, i konieczne jest stworzenie przywództwa, które wskazałoby drogi, usiłując odpowiedzieć na potrzeby obecnych okoleń, włączając wszystkich, bez narażania przyszłych generacji (Laudato Si', 52, 53).


I właśnie takiej zielonej kultury i przywództwa brakuje mi wśród wielu duchownych hierarchów i konserwatystów, nie potrafiących dostrzec i zrozumieć, że dobra nowina i nadzieja przychodzi dzisiaj z zielonej strony.



udost_gpluspngudost_face_1jpgudost_tweetjpg